26.11.2024, 21:20 ✶
Mackenzie zawsze czuła się na miotle bardziej pewnie niż na własnych nogach. Nie była może niezdarna, kiedy poruszała się po ziemi, ale często garbiła się odruchowo i przemykała gdzieś z boku, pozbawiona tej pewności ruchów, jakimi charakteryzowała się podczas treningów i meczów. Mogłaby przysiąc, że wszystko jest łatwiejsze, gdy znajduje się w powietrzu. Nigdy nie myślała o tym, co może pójść nie tak, i to sprawiało, że latała może niekoniecznie lepiej niż cała reszta zawodników, ale na pewno znacznie bardziej szaleńczo – nie bała się tłuczków, nie bała się upadku, nie bała się wpaść na kogoś albo na coś. Ryzykowała, by schwytać kafla, potrafiła celowo z kimś się zderzyć i zdarzało się jej zaszarżować nie po to, by przejąć piłkę, a na przykład zdezorientować pałkarza: i to były szaleństwa, na które jednak większość nastolatków nie do końca była gotowa. A poza tym… umiała latać, gdy pojawiła się w Hogwarcie, a kilka lat doświadczenia w drużynie quidditcha tylko te umiejętności utrwaliło.
Dobrze, bo nie potrafiła właściwie niczego poza tym.
Do zamku skierowała się szybko, wciąż jeszcze w ubłoconej trochę szacie Gryffindoru, zostawiając za sobą resztę drużyny, zirytowana bardzo rzuconą przez jednego z kolegów z drużyny uwagą, że ktoś się na nią gapi – oczywiście że odczytała to jako przytyk wobec samej siebie, dokonując tutaj karkołomnych fikołków umysłowych, w wyniku których całkowicie niewinna uwaga w jej głowie była niewybaczalną inwektywą.
W samą porę, by stać się świadkiem tego, jak na podłogę posypały się zbroje.
Na szczęście dla samej siebie, Mackenzie była wprawiona w unikaniu tłuczków, a unik na ziemi był wprawdzie trudniejszy, ale nie niemożliwy. Umknęła w tył, unikając może nie śmierci, ale prawdopodobnie poważnych obrażeń. Złośliwy śmiech Irytka rozbrzmiewał wprawdzie w uszach, ale Mackenzie nie skojarzyła od razu, że to duch się śmieje – nie zapamiętywała cudzych głosów. Nie zapamiętywała cudzych twarzy. Chyba że ktoś akurat był zawodnikiem quidditcha i dlatego Jessiego rozpoznała od razu.
– To próba wyeliminowania gracza? – spytała, podnosząc wzrok znad walających się na podłodze zbroi na Jaspera.
Dobrze, bo nie potrafiła właściwie niczego poza tym.
Do zamku skierowała się szybko, wciąż jeszcze w ubłoconej trochę szacie Gryffindoru, zostawiając za sobą resztę drużyny, zirytowana bardzo rzuconą przez jednego z kolegów z drużyny uwagą, że ktoś się na nią gapi – oczywiście że odczytała to jako przytyk wobec samej siebie, dokonując tutaj karkołomnych fikołków umysłowych, w wyniku których całkowicie niewinna uwaga w jej głowie była niewybaczalną inwektywą.
W samą porę, by stać się świadkiem tego, jak na podłogę posypały się zbroje.
Na szczęście dla samej siebie, Mackenzie była wprawiona w unikaniu tłuczków, a unik na ziemi był wprawdzie trudniejszy, ale nie niemożliwy. Umknęła w tył, unikając może nie śmierci, ale prawdopodobnie poważnych obrażeń. Złośliwy śmiech Irytka rozbrzmiewał wprawdzie w uszach, ale Mackenzie nie skojarzyła od razu, że to duch się śmieje – nie zapamiętywała cudzych głosów. Nie zapamiętywała cudzych twarzy. Chyba że ktoś akurat był zawodnikiem quidditcha i dlatego Jessiego rozpoznała od razu.
– To próba wyeliminowania gracza? – spytała, podnosząc wzrok znad walających się na podłodze zbroi na Jaspera.