Robienie zakupów i przymierzanie na swoje ciało nowych ciuchów powinno być czystą przyjemnością - nie koniecznością. Jakoś tutaj spadało to z półeczki, gdzie wieszał przyjemności. Pewnie dlatego, że mnóstwo produktów już z niej spadło. Rozsypana kawa, gorzkie kakao, mieszający się w brązowym pyle cukier, który miał je osłodzić. Laurent i tak myślałby tylko o tym, że podobno kakao poprawia libido. Tak jakby rzeczywiście było mu to do szczęścia potrzebne. Pudełka półpuste, słoiczki półpełne - poobijane, pobrudzone kurzem z podłogi. Czas je podnieść i tutaj posprzątać, panie Prewett. Zamiast tego jest przechodzenie po ich zawartościach, odbijanie bosych stóp na panelach prowadzących donikąd. Zawsze jasny cel był teraz nieskończoną drogą. Mówili - ta wędrówka najważniejsza, cel to tylko mżawka. Kto inny, jak nie Anthony Shafiq zrozumiałby, że dla takich ludzi jak oni to cel był najważniejszy. Ludzi, którzy zostali wychowani tak, by osiągać sukcesy. Per aspera ad astra - nie ważne, jak wiele zrobisz śladów i jak wiele krwi popłynie po alabastrze skóry. Zawsze dotrzesz do celu. Zranienia i małe zwycięstwa po drodze mogły być przeszkodami i drobnymi nagrodami, ale satysfakcja skrywał koniec. Tylko koniec. William Blake napisał parę wersów na ten temat, jak one...
... mogły brzmieć głosem Anthonyego Shafiqa? Głębokie zamyślenie potrafiło być godne reprymendy, ale jakoś blondyn wyłączył się od otoczenia i środowiska. Włączył go dopiero znajomy, przyjemny dla ucha głos. Och, jest. Przystojny i lśniący - jak zawsze. Wielka słabość Laurenta, który nie potrafił nie stawać się ćmą dla tego płomienia, nawet jeśli zachowywał fason i upominał siebie samego o opamiętanie. Jedni wzdychali do Nike z Samotraki, inni do Day z Luwru, a Laurent mógłby wzdychać do Anthony'ego Shafiqa. Kto znał jego beznadziejną przypadłość wiedziałby, że to było jak choroba. Z tej choroby ratowała go tylko myśl o brązowych, pieskich oczach.
- Zdecydowanie lepsze niż podczas naszego ostatniego spotkania. - Odetchnął cicho i przywołał na usta delikatny uśmiech. Nieszczególnie wymuszony, bo miło było zobaczyć to uosobienie klasy i elegancji. W zupełnie innej sytuacji. Nie takiej, gdzie wyglądał żałośnie i potrzebował pomocy, bo nie mógł nic poradzić na bandę dzieci... - Dzień dobry, Panie Shafiq. - Może i sytuacja była inna, ale pamięć pozostała. Niesmak pozostał. Nie po Anthonym, skąd! Po własnym wystąpieniu, żałosnym - w istocie godnym pożałowania. Przystanął, ale słysząc słowa zaproszenia skierował się ku niemu, by poprawić mankiet koszuli podczas dosiadania się do stolika. Właściwie to miał rację - skoro przykazane było im i tak czekać... to czemu nie? - z towarzystwem nie nazwałbym tego jako: usprawiedliwione. Ładniej brzmi słowo: wskazane. - Uniósł te kąciki ust odrobinę wyżej.