27.11.2024, 17:51 ✶
– Skąd. Żeby kwiatki podlać – odparła Mackenzie, jak zwykle nie do końca pojmując, o czym właściwie chłopak mówił. Przecież to oczywiste, że skoro lądowała na balkonie mieszkania, to właśnie po to, żeby dostać się do rzeczonego mieszkania. Co innego miałaby robić?
Chociaż tak odruchowo zerknęła na kwiatki i doszła do wniosku, że roślinki zasadzone w jednej z doniczek faktycznie wymagały nawodnienia. Będzie musiała się tym za chwilę zająć.
– Hm, tak, bo nie jestem panią Houghton – zgodziła się bez oporów. Byłaby bardzo zaniepokojona, gdyby faktycznie ją przypominała, bo kobieta, od której Greengrass odkupiła to mieszkanie ledwo kilka miesięcy temu, dobiegała dziewięćdziesiątego roku życia, była przygarbiona, pomarszczona i poruszała się już o lasce. Zresztą to z powodu wypadku, który ją do tego zmusił, zdecydowała się odsprzedać mieszkanie położone na drugim piętrze i przenieść do domku swojego syna.
Przypatrywała się mu długą chwilę, z lekko zmarszczonym czołem. Mackenzie nie była niesamowicie inteligentna – ale nie była też tak zupełnie głupia. Po prostu niezbyt rozumiała ludzi i pewne rzeczy przetwarzała trochę inaczej niż oni. W końcu więc coś w jej umyśle zaskoczyło i upewniła się, że chłopak z naprzeciwka brał ją… za złodziejkę.
Namyślała się nad tym przez chwilę. Nie była zbyt urażona, za to zastanawiała się, jak i czy przekonać go, że żadnym włamywaczem nie jest. A może powinna po prostu wejść do domu i zamknąć drzwi balkonowe? Mackenzie kojarzyła niejasno, że dbałość o sąsiedzkie kontakty jest ważna: a przynajmniej była ważna, gdy mieszkała jeszcze w Hogsmeade, a potem wynajmowała niewielki pokoik w pobliżu stadionu swojej pierwszej drużyny.
Ale w Londynie wszystko wyglądało inaczej. Wciąż nie znała żadnego ze swoich sąsiadów poza Theodorem oraz kobietą, która prowadziła na parterze budynku kwiaciarnię. Czy musiała się w ogóle przejmować?
– Proszę bardzo – pozwoliła w końcu, wzruszając ramionami.
Przecież gdyby była prawdziwym włamywaczem, zdążyłaby uciec stąd dziesięć razy, zanim on zawiadomi Brygadę.
Chociaż tak odruchowo zerknęła na kwiatki i doszła do wniosku, że roślinki zasadzone w jednej z doniczek faktycznie wymagały nawodnienia. Będzie musiała się tym za chwilę zająć.
– Hm, tak, bo nie jestem panią Houghton – zgodziła się bez oporów. Byłaby bardzo zaniepokojona, gdyby faktycznie ją przypominała, bo kobieta, od której Greengrass odkupiła to mieszkanie ledwo kilka miesięcy temu, dobiegała dziewięćdziesiątego roku życia, była przygarbiona, pomarszczona i poruszała się już o lasce. Zresztą to z powodu wypadku, który ją do tego zmusił, zdecydowała się odsprzedać mieszkanie położone na drugim piętrze i przenieść do domku swojego syna.
Przypatrywała się mu długą chwilę, z lekko zmarszczonym czołem. Mackenzie nie była niesamowicie inteligentna – ale nie była też tak zupełnie głupia. Po prostu niezbyt rozumiała ludzi i pewne rzeczy przetwarzała trochę inaczej niż oni. W końcu więc coś w jej umyśle zaskoczyło i upewniła się, że chłopak z naprzeciwka brał ją… za złodziejkę.
Namyślała się nad tym przez chwilę. Nie była zbyt urażona, za to zastanawiała się, jak i czy przekonać go, że żadnym włamywaczem nie jest. A może powinna po prostu wejść do domu i zamknąć drzwi balkonowe? Mackenzie kojarzyła niejasno, że dbałość o sąsiedzkie kontakty jest ważna: a przynajmniej była ważna, gdy mieszkała jeszcze w Hogsmeade, a potem wynajmowała niewielki pokoik w pobliżu stadionu swojej pierwszej drużyny.
Ale w Londynie wszystko wyglądało inaczej. Wciąż nie znała żadnego ze swoich sąsiadów poza Theodorem oraz kobietą, która prowadziła na parterze budynku kwiaciarnię. Czy musiała się w ogóle przejmować?
– Proszę bardzo – pozwoliła w końcu, wzruszając ramionami.
Przecież gdyby była prawdziwym włamywaczem, zdążyłaby uciec stąd dziesięć razy, zanim on zawiadomi Brygadę.