27.11.2024, 23:18 ✶
On też nie pojmował wszystkiego. Nie rozumiał informacji, które Laurent przekazywał słowami tak trudnymi, że gdyby trafił na to zdanie w książce, musiałby poświęcić mu dobrych kilka minut na uchwycenie ich sensu. Nie potrafiłby wypowiadać się tak w płynnej konwersacji, użyłby wulgaryzmów, podobnych sobie sformułowań - jak zawsze. Umiejętność mówienia wierszem była zaskakująca i godna podziwu, szkoda tylko, że momentami tak niezmiernie go irytowała.
Mówił mu to wcześniej. Teraz już nie chciał.
Im więcej czasu razem spędzali, tym mocniej rozumiał, jak cholernie smutnym blondyn był człowiekiem. Dobiłaby go i informacja o tym, kim był dla niego Cain jak i opinia Crowa o jego paniczykowej erudycji. Znów została wybrana cisza. Dla wyższego, większego dobra, bo przecież wiedział, jak uczynić go szczęśliwym i faktycznie chciał uczynić go szczęśliwym. I bezpiecznym. Jeżeli to zabezpieczenie okaże się badziewne, to je poprawi. Jeżeli uzna je za niewystarczające, stworzy coś więcej.
Uśmiechnął się na wspomnienie o tym soku. Ten uśmiech pobladł kiedy słowa stawały się dla niego niezrozumiałe i nie wrócił już na jego usta aż do chwili, w której Migotek... był Migotkiem. Cóż, niewiele osób spodziewało się tego, że akurat on miał dobrze dogadywać się z dziećmi, a czasami nawet być ich ulubieńcem, ale to była prawda - i nie wynikało to z przypadku ani nie było jednostronne, a teraz Flynn musiał odkryć, że skrzaty domowe odrobinę te dzieci przypominały. I złapał się na tym, że tak właśnie się do niego uśmiechnął - jak do dziecka, które zrobiło durnoctwo, dopiero głos Laurenta jak sól trzeźwiąca doprowadziła go do porządku i zdał sobie sprawę z głębokiego absurdu sytuacji. Żadne to było dziecko tylko kreatura, oczywiście ludzka, ale wciąż kreatura w łachmanach. Tak bardzo nie pasowała do New Forest, do tego domku pełnego przepychu kojarzącego mu się momentami ze złym gustem i instynktownie chciał to od razu wytknąć. Otworzył usta, napiął się, ale przetrawił to wszystko nieco szybciej, niż zebrał w sobie odwagę na pogrzebanie przemyśleń, do których dopiero co dojrzał i... Chciał powiedzieć: kurwa, on ci służy, tak cię uwielbia, a nic za to nie dostaje, chodzi w podartych... - tak, wtedy zakrył usta dłonią, przesunął nią po twarzy.
To nie mogła być rzeczywistość. Pewnie po wszystkim zasnęli i jeszcze się nie obudził.
- Wybacz za nazwanie cię durnym mały pierdolcu. Miałem ciężkie dzieciństwo.
Kucając przy Migotku pozwolił sobie na głębokie westchnienie. Pozwolił rozwiązać tę sytuację Prewettowi, samemu nie do końca potrafiąc przetrawić to, że od dwudziestu lat zachowywał się jak skrzat domowy.
- Spacer? Obiad? - Zapytał, prostując nogi i przenosząc spojrzenie na blondyna. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że pierwszym co usłyszy będzie prysznic.
Mówił mu to wcześniej. Teraz już nie chciał.
Im więcej czasu razem spędzali, tym mocniej rozumiał, jak cholernie smutnym blondyn był człowiekiem. Dobiłaby go i informacja o tym, kim był dla niego Cain jak i opinia Crowa o jego paniczykowej erudycji. Znów została wybrana cisza. Dla wyższego, większego dobra, bo przecież wiedział, jak uczynić go szczęśliwym i faktycznie chciał uczynić go szczęśliwym. I bezpiecznym. Jeżeli to zabezpieczenie okaże się badziewne, to je poprawi. Jeżeli uzna je za niewystarczające, stworzy coś więcej.
Uśmiechnął się na wspomnienie o tym soku. Ten uśmiech pobladł kiedy słowa stawały się dla niego niezrozumiałe i nie wrócił już na jego usta aż do chwili, w której Migotek... był Migotkiem. Cóż, niewiele osób spodziewało się tego, że akurat on miał dobrze dogadywać się z dziećmi, a czasami nawet być ich ulubieńcem, ale to była prawda - i nie wynikało to z przypadku ani nie było jednostronne, a teraz Flynn musiał odkryć, że skrzaty domowe odrobinę te dzieci przypominały. I złapał się na tym, że tak właśnie się do niego uśmiechnął - jak do dziecka, które zrobiło durnoctwo, dopiero głos Laurenta jak sól trzeźwiąca doprowadziła go do porządku i zdał sobie sprawę z głębokiego absurdu sytuacji. Żadne to było dziecko tylko kreatura, oczywiście ludzka, ale wciąż kreatura w łachmanach. Tak bardzo nie pasowała do New Forest, do tego domku pełnego przepychu kojarzącego mu się momentami ze złym gustem i instynktownie chciał to od razu wytknąć. Otworzył usta, napiął się, ale przetrawił to wszystko nieco szybciej, niż zebrał w sobie odwagę na pogrzebanie przemyśleń, do których dopiero co dojrzał i... Chciał powiedzieć: kurwa, on ci służy, tak cię uwielbia, a nic za to nie dostaje, chodzi w podartych... - tak, wtedy zakrył usta dłonią, przesunął nią po twarzy.
To nie mogła być rzeczywistość. Pewnie po wszystkim zasnęli i jeszcze się nie obudził.
- Wybacz za nazwanie cię durnym mały pierdolcu. Miałem ciężkie dzieciństwo.
Kucając przy Migotku pozwolił sobie na głębokie westchnienie. Pozwolił rozwiązać tę sytuację Prewettowi, samemu nie do końca potrafiąc przetrawić to, że od dwudziestu lat zachowywał się jak skrzat domowy.
- Spacer? Obiad? - Zapytał, prostując nogi i przenosząc spojrzenie na blondyna. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że pierwszym co usłyszy będzie prysznic.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.