28.11.2024, 02:40 ✶
Jonathan uniósł wzrok z własnych dłoni, na których spoczywały teraz długie palce Shafiqa i spojrzał w oczy przyjaciela, kiedy w jego spojrzeniu, jakby w odpowiedzi na słowa drugiego z nich, pojawił się błysk nadziei, a na ustach zagościł blady uśmiech. Ufał mu. Ufał całej trójce. Może brzmiało to nieco absurdalnie w obliczu sytuacji, w której się znalazł, ale jednak to nie były trzy przypadkowe osoby i on przeciwko Jeanowi. To była ich czwórka przeciwko niemu, a Jeźdzcy... Kiedyś, w Hogwarcie mówił, że oni mogą wszyscy i chyba ta myśl nigdy do końca w nim nie zgasła.
Dał Anthony'emu odejść, samemu na razie zostając jeszcze w fotelu.
– Tak, widzieliśmy – przytaknął jedynie, a potem zdbał o to, aby jego gardło przypadkiem nie zapomniało palącego smaku serwowanego mu trunku. Było jednak coś magicznego w whiskey i tym jak szybko potrafiła jednak przytłumić pewne emocje. – Anthony... – zaczął, słysząc zwierzenia przyjaciela, ale zaraz urwał i po prostu podeszł do niego łapiąc go delikatnie za ramiona. Najwyraźniej żadna ilość whiskey, ani niepokojów nie mógł tłumić pewnych gryfońskich odruchów.
– Anthony, oczywiście zrobię o co prosisz, a jeśli zobaczę coś niepokojącego, dam ci znać i razem pomyślimy co z tym zrobić, bo zbyt mocno trzymam za waszą dwójkę kciuki, aby złe myśli to zniszczyły, ale Anthony, na bogów... Ty nie jesteś nim, aby twoje emocje prowadziły do równie paskudnych rzeczy. Ja wiem, że mam pewien typ, ale z waszej dwójki, i nie zrozum mnie źle przyjacielu, bo bardzo się cieszę, że nam nie wyszło, z waszej dwójki to o zanurzenie się w tobie nigdy nie miałem wobec siebie pretensji – zawahał się, zastanawiając się, jak najlepiej to wyjaśnić. – Wiesz, lubię patrzeć na moje talenty, jak na malowanie obrazu. Najpierw poznajesz kogoś i jednocześnie patrzysz na jego aurę, to twój szkic, potem nici, kolejne detale, może I kolory, ale to wciąż nie jest pełen obraz. Pełen obraz jest wtedy, gdy poznajesz kogoś jeszcze lepiej, patrzysz na jego emocje w innych okolicznościach, ale też poznajesz jego poglądy i zachowania, a z obrazu, który się w ten sposób kształtuje dopiero wyciagasz pewne wnioski. Chodzi mi o to, że nie ważne jaka będzie twoja nić do Erika, nie wierzę, abyś kiedykolwiek dopuścił się do tego samego, lub czegoś jakkolwiek podobnego. Jesteś na to za dobrym człowiekiem, Tony.
Bo Jonatham naprawdę w to wierzył. Mógł pomagać mu w przekrętach politycznych, ale nie zmieniało to jego opinii o tym, że u podstaw Anthony Shafiq był dobrym człowiekiem, kochającym swoich bliskich.
Zabrał ręce, ale wciąż wpatrywał się przyjaciela, czekając na znak zrozumienia z jego strony.
– Dobrze – skinął głową, parskając przy tym krótkim śmiechem, czując jednocześnie rozlewającą się ulgę, gdy czarodziej poprosił go, aby poczekał z poświęcaniem się. – A ja ci pomogę utemperować życzenie śmierci Morphy'ego i twoje rozterki wobec Erika.
Bo przecież nie był jedynym z problemami w tym gronie.
Nici...
Zacinał usta I spojrzał w palący się w kominku ogień.
– Nie, nie chcę – przyznał w końcu, po chwili milczenia, powracając wzrokiem do przyjaciela. – Bo co mam powiedzieć, że poza oplatającą wszystko czernią, zobaczyłem to samo, nawet jeśli czerwień ledwo się tliła?
Dał Anthony'emu odejść, samemu na razie zostając jeszcze w fotelu.
– Tak, widzieliśmy – przytaknął jedynie, a potem zdbał o to, aby jego gardło przypadkiem nie zapomniało palącego smaku serwowanego mu trunku. Było jednak coś magicznego w whiskey i tym jak szybko potrafiła jednak przytłumić pewne emocje. – Anthony... – zaczął, słysząc zwierzenia przyjaciela, ale zaraz urwał i po prostu podeszł do niego łapiąc go delikatnie za ramiona. Najwyraźniej żadna ilość whiskey, ani niepokojów nie mógł tłumić pewnych gryfońskich odruchów.
– Anthony, oczywiście zrobię o co prosisz, a jeśli zobaczę coś niepokojącego, dam ci znać i razem pomyślimy co z tym zrobić, bo zbyt mocno trzymam za waszą dwójkę kciuki, aby złe myśli to zniszczyły, ale Anthony, na bogów... Ty nie jesteś nim, aby twoje emocje prowadziły do równie paskudnych rzeczy. Ja wiem, że mam pewien typ, ale z waszej dwójki, i nie zrozum mnie źle przyjacielu, bo bardzo się cieszę, że nam nie wyszło, z waszej dwójki to o zanurzenie się w tobie nigdy nie miałem wobec siebie pretensji – zawahał się, zastanawiając się, jak najlepiej to wyjaśnić. – Wiesz, lubię patrzeć na moje talenty, jak na malowanie obrazu. Najpierw poznajesz kogoś i jednocześnie patrzysz na jego aurę, to twój szkic, potem nici, kolejne detale, może I kolory, ale to wciąż nie jest pełen obraz. Pełen obraz jest wtedy, gdy poznajesz kogoś jeszcze lepiej, patrzysz na jego emocje w innych okolicznościach, ale też poznajesz jego poglądy i zachowania, a z obrazu, który się w ten sposób kształtuje dopiero wyciagasz pewne wnioski. Chodzi mi o to, że nie ważne jaka będzie twoja nić do Erika, nie wierzę, abyś kiedykolwiek dopuścił się do tego samego, lub czegoś jakkolwiek podobnego. Jesteś na to za dobrym człowiekiem, Tony.
Bo Jonatham naprawdę w to wierzył. Mógł pomagać mu w przekrętach politycznych, ale nie zmieniało to jego opinii o tym, że u podstaw Anthony Shafiq był dobrym człowiekiem, kochającym swoich bliskich.
Zabrał ręce, ale wciąż wpatrywał się przyjaciela, czekając na znak zrozumienia z jego strony.
– Dobrze – skinął głową, parskając przy tym krótkim śmiechem, czując jednocześnie rozlewającą się ulgę, gdy czarodziej poprosił go, aby poczekał z poświęcaniem się. – A ja ci pomogę utemperować życzenie śmierci Morphy'ego i twoje rozterki wobec Erika.
Bo przecież nie był jedynym z problemami w tym gronie.
Nici...
Zacinał usta I spojrzał w palący się w kominku ogień.
– Nie, nie chcę – przyznał w końcu, po chwili milczenia, powracając wzrokiem do przyjaciela. – Bo co mam powiedzieć, że poza oplatającą wszystko czernią, zobaczyłem to samo, nawet jeśli czerwień ledwo się tliła?