28.11.2024, 13:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2024, 13:25 przez Millie Moody.)
Wszystko się zjebało.
Wszystko co miało się zjebać.
Tak działało życie i Moody mogła w końcu wyciągnąć z niego tę pieprzoną lekcję i sobie ją przyswoić.
Leki nie działały, terapia nie działała, bycie normalną nie działało. Malowanie przestawało działać. Koszmary zaciskały swoje paznokcie na jej długiej szyi, dławiąc jej oddech w piersi. Tęsknota nie mogąca nigdy znaleźć spełnienia rozsadzała jej klatkę piersiową, co rusz brudząc ściany krwią i okruchami kości. Może i była huraganem, ale najwidoczniej skrzętnie ten huragan ukryła w swojej głowie, zamiast napierdalać błyskawicami na zewnątrz. Obie taktyki były niezdrowe na swój sposób, ale tą pierwszą przynajmniej nie uderzała w siebie.
Było coraz gorzej, a Flinty wziął ją pod włos w idealnym momencie, jak waliła głową w ścianę próbując z niej wyrzucić wszystkie wyobrażenia tego, o czym mógł śnić jej brat. O czym mogła śnić Eden. Złapał ją w momencie, gdy już układała się w jej głowie wiadomość do Lou, najskuteczniejszego sposobu na to, by nie bić w ów ścianę swoją głową tylko cudzą, chlapiąc w koło czernią psychodelicznej krwi.
Chłopak? – jadowita żółć żonkili stojących w jej sypialni wgryzała się w duszę nieoznaczonością tego prezentu. To było jednorazowe wspólne zakoniarskie ćpanie i takim powinno zostać. Równie dobrze mogła się uwalić na drugim Thomasie i nie zauważyć różnicy, prawda? Prawda?! A nawet jeśli, to nie psuło się przyjaźni seksem, czy jeszcze gorzej związkiem, nie kiedy oboje powinni ubezpieczać swoje plecy w inny kurwa sposób. – mam pizdyliard problemów, ale to nie jest jeden z nich. – odpowiedziała z przyklejonym śmiechem, Całkiem Normalnej Osoby, która w core swojego istnienia nienawidziła tego kim była. A potem zgodziła się na randkę, czymkolwiek ta randka miała być. Cokolwiek, jakkolwiek, byleby przestać myśleć o jasnych włosach i niebieskim spojrzeniu pełnym lodu. Tam nie było dla niej miejsca. Tam nigdy nie było dla niej miejsca.
Wszystko się zjebało, a ona nawet nie miała ochoty umrzeć czy zniknąć.
Totalnie nie wiedziała czego chciała.
A więc smutek przesłaniający trawiące ją przerażenie życiem dociążał jej serce, choć teraz, gdy zadarła głowę patrząc na nocne sklepienie, otuliła się dziwną ciszą niemego zachwytu. Może była huraganem, ale może też na ten moment dopuściła go do samego centrum tego atmosferycznego zjawiska. Centrum, które pozostawało nienaturalnie ciche.
– Maluje teraz takie niebo. Mapę nieba. – powiedziała, nie odrywając złotych ślepi od migoczących kurew, które z pewnością patrzyły się na te okruchy istnienia zwane ludźmi i drwiły z nich eonami własnego istnienia. Wiatr szarpał jej białą sukienką, wzdymał ją jak żagiel, pozostawiając wyobraźni kształt smukłego masztu ukrytego za płótnem. Bez namiotu, bez niego obok, mogłaby wyglądać niepokojąco, jak duch samobójczej duszy, który w ramach swojej kary musi nieprzerwanie odtwarzać moment swojego upokorzenia. Swojej ucieczki z więzienia życia, do więzienia śmierci.
Czym w ogóle była randka i po co ludzie w ogóle to wymyślili? Moody spojrzała na swojego towarzysza i przez ułamek spod twardej skorupy wypłynęło miękkie ciało niepewności. Był ładny w taki dziwny nieoczywisty sposób, idealny na wieczory, gdyby Mildred nie mogła się zdecydować czy woli mężczyzn czy kobiety, więc mogłaby nie musieć wybierać wcale. Jeśli chciał się ruchać, to mógł jej po prostu powiedzieć, po co tracić czas na rozmowę? Jeśli rozmawiać, to na chuj z kolei robić ten cały teatrzyk, zapominać kwestii, gubić się w roli. Nie mogli iść na kawę do Bucky'ego? Przełknęła głośno ślinę odwracając się znów do morza. – Ładnie tu. Mam nadzieję, że nie przydarzy nam się żadna jebnięta selkie z wizjami podwodnych ogrodów. Byłby niefart, jakbyśmy spadli z klifu, co nie?
Wszystko co miało się zjebać.
Tak działało życie i Moody mogła w końcu wyciągnąć z niego tę pieprzoną lekcję i sobie ją przyswoić.
Leki nie działały, terapia nie działała, bycie normalną nie działało. Malowanie przestawało działać. Koszmary zaciskały swoje paznokcie na jej długiej szyi, dławiąc jej oddech w piersi. Tęsknota nie mogąca nigdy znaleźć spełnienia rozsadzała jej klatkę piersiową, co rusz brudząc ściany krwią i okruchami kości. Może i była huraganem, ale najwidoczniej skrzętnie ten huragan ukryła w swojej głowie, zamiast napierdalać błyskawicami na zewnątrz. Obie taktyki były niezdrowe na swój sposób, ale tą pierwszą przynajmniej nie uderzała w siebie.
Było coraz gorzej, a Flinty wziął ją pod włos w idealnym momencie, jak waliła głową w ścianę próbując z niej wyrzucić wszystkie wyobrażenia tego, o czym mógł śnić jej brat. O czym mogła śnić Eden. Złapał ją w momencie, gdy już układała się w jej głowie wiadomość do Lou, najskuteczniejszego sposobu na to, by nie bić w ów ścianę swoją głową tylko cudzą, chlapiąc w koło czernią psychodelicznej krwi.
Chłopak? – jadowita żółć żonkili stojących w jej sypialni wgryzała się w duszę nieoznaczonością tego prezentu. To było jednorazowe wspólne zakoniarskie ćpanie i takim powinno zostać. Równie dobrze mogła się uwalić na drugim Thomasie i nie zauważyć różnicy, prawda? Prawda?! A nawet jeśli, to nie psuło się przyjaźni seksem, czy jeszcze gorzej związkiem, nie kiedy oboje powinni ubezpieczać swoje plecy w inny kurwa sposób. – mam pizdyliard problemów, ale to nie jest jeden z nich. – odpowiedziała z przyklejonym śmiechem, Całkiem Normalnej Osoby, która w core swojego istnienia nienawidziła tego kim była. A potem zgodziła się na randkę, czymkolwiek ta randka miała być. Cokolwiek, jakkolwiek, byleby przestać myśleć o jasnych włosach i niebieskim spojrzeniu pełnym lodu. Tam nie było dla niej miejsca. Tam nigdy nie było dla niej miejsca.
Wszystko się zjebało, a ona nawet nie miała ochoty umrzeć czy zniknąć.
Totalnie nie wiedziała czego chciała.
A więc smutek przesłaniający trawiące ją przerażenie życiem dociążał jej serce, choć teraz, gdy zadarła głowę patrząc na nocne sklepienie, otuliła się dziwną ciszą niemego zachwytu. Może była huraganem, ale może też na ten moment dopuściła go do samego centrum tego atmosferycznego zjawiska. Centrum, które pozostawało nienaturalnie ciche.
– Maluje teraz takie niebo. Mapę nieba. – powiedziała, nie odrywając złotych ślepi od migoczących kurew, które z pewnością patrzyły się na te okruchy istnienia zwane ludźmi i drwiły z nich eonami własnego istnienia. Wiatr szarpał jej białą sukienką, wzdymał ją jak żagiel, pozostawiając wyobraźni kształt smukłego masztu ukrytego za płótnem. Bez namiotu, bez niego obok, mogłaby wyglądać niepokojąco, jak duch samobójczej duszy, który w ramach swojej kary musi nieprzerwanie odtwarzać moment swojego upokorzenia. Swojej ucieczki z więzienia życia, do więzienia śmierci.
Czym w ogóle była randka i po co ludzie w ogóle to wymyślili? Moody spojrzała na swojego towarzysza i przez ułamek spod twardej skorupy wypłynęło miękkie ciało niepewności. Był ładny w taki dziwny nieoczywisty sposób, idealny na wieczory, gdyby Mildred nie mogła się zdecydować czy woli mężczyzn czy kobiety, więc mogłaby nie musieć wybierać wcale. Jeśli chciał się ruchać, to mógł jej po prostu powiedzieć, po co tracić czas na rozmowę? Jeśli rozmawiać, to na chuj z kolei robić ten cały teatrzyk, zapominać kwestii, gubić się w roli. Nie mogli iść na kawę do Bucky'ego? Przełknęła głośno ślinę odwracając się znów do morza. – Ładnie tu. Mam nadzieję, że nie przydarzy nam się żadna jebnięta selkie z wizjami podwodnych ogrodów. Byłby niefart, jakbyśmy spadli z klifu, co nie?