29.11.2024, 23:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2024, 23:19 przez Scarlett Mulciber.)
01.09.1972
Moja strata nijak ma się do tego co wam odebrano. Mój ból jest niczym w obliczu tego co wasza trójka przeżywa.
Nie mam prawa mówić o stracie, gdy widzę łzy Sophi i zastanawiam się czy tak właśnie bym wyglądała będąc na jej miejscu. Pewnie tak, ale moja żałoba wyglądałaby jak ta mojego ojca - odizolowana od światła, spowita ciemnością.
Dbam i o Sophi i o ojca - o ojca przychodzi mi łatwiej, znam go bowiem od urodzenia, a charaktery mamy równie trudne i paskudne - w dodatku jest mniej emocjonalny od Sophi, która potrzebuje znacznie więcej uwagi. On zaś nie chce by być mu rodzicem, opiekunem czy traktować go jak niedołężnego - szkoda tylko, że mój brat tego nie pojmuje.
Robię dla niego tyle co bym zrobiła dla siebie - daje znak, że jestem obok, ale nie wchodzę mu na głowę jeśli widzę, że tego nie chce.
Wiem, że potrzebuje czasu i przestrzeni, że chce przeżyć to samemu, że nie chce ukazywać innym tego jak wygląda.
Silne charaktery nie cierpią, gdy ktoś patrzy jak te upadają.
Wiem, że potrzebuje czasu i ja nie zamierzam go pośpieszać, aby mógł poukładać w głowie burdel jaki powstał - Tylko Charlie wierci mi dziurę w brzuchu.
A to ja najlepiej wiem jak się z tatą obchodzić, jak rozmawiać - wiem co robię.
Chociaż momentami przyznam, że jestem zmęczona, cholernie zmęczona tym że śmierć zawisła w progu drzwi i uporczywie nie chce się oddalić. Tym, że zegary zdawały się stanąć. Tym, że powietrze jest tak ciężkie i gęste, że się duszę.
I przyznam się szczerze, ze wtedy się wymykam, gdy nikt nie patrzy. Zaznać trochę powietrza i zorzy polarnej. By przez chwilę ktoś był dla mnie, a nie ja dla kogoś. By przez chwilę uwierzyć, że to był tylko sen.
Tak, chyba potrzebna mi ta tak zwana "Babska rozmowa", ciociu.
Chętnie bym porozmawiała o nazwisku, które też zaprząta mi głowę bardziej aniżeli przez całe życie - ale to jeśli się spotkamy.
Scarlett Mulciber