30.11.2024, 03:05 ✶
Eden patrzyła w dół, na nieprzytomne ciało Thomasa, a na jej twarzy malowała się mieszanina emocji - od frustracji po zimną, niemal obojętną determinację. W pierwszej chwili pomyślała, że może to i lepiej, że stracił przytomność. Nie będzie musiała słuchać jego lamentów o życiu, które tak usilnie pragnął zakończyć, a które - według niej - mógł wykorzystać lepiej, gdyby tylko zdobył się na odrobinę odwagi i odpowiedzialności.
Zsunęła różdżkę do kieszeni szaty z mechanicznym ruchem, jakby właśnie skończyła zwyczajną lekcję transmutacji, a nie próbę ratowania czyjegoś życia. W gruncie rzeczy czuła, że zrobiła to bardziej z obowiązku niż z potrzeby serca. Thomas Figg, choć w swoim bólu i desperacji wydał się jej na moment niemal ludzki, pozostawał dla niej symbolem nieporadności, której nie potrafiła tolerować.
Głos McGonagall wyrwał ją z tych chłodnych myśli. Odwróciła głowę w stronę nauczycielki, która z napięciem, a jednocześnie pewną ulgą wyczarowywała nosze pod nieprzytomnym chłopcem. Eden uniosła lekko brew, słysząc o przyznaniu punktów dla Slytherinu.
- Sto punktów za próbę - powtórzyła cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. - A on prawie zakończył swój lot na mojej głowie. -
Minerwa McGonagall rzuciła jej krótkie spojrzenie, które mówiło więcej, niż wyraziłyby słowa. Eden zrozumiała, że jej komentarz mógł być uznany za niestosowny, ale w tym momencie nie przejmowała się tym zbytnio. Śledziła wzrokiem, jak profesor lewituje Thomasa w stronę skrzydła szpitalnego, a echo jej kroków odbija się od kamiennych ścian.
Pozostała na dziedzińcu, z rękoma splecionymi na piersi, rozważając całą tę sytuację. Nie czuła triumfu, nie czuła nawet ulgi. Zastanowiła się przez chwilę, czy gdyby miała wybór, zrobiłaby to samo jeszcze raz. I choć w jej myślach pojawiło się pytanie, odpowiedź była jasna.
Nie dla Thomasa. Nie dla jego łez czy skarg. Ale dla siebie. Dla tej krótkiej chwili, gdy czuła, że mogła wpłynąć na czyjś los - choćby po to, by nauczyć go, że życie ma swoją wartość, nawet jeśli jest dalekie od ideału.
Zsunęła różdżkę do kieszeni szaty z mechanicznym ruchem, jakby właśnie skończyła zwyczajną lekcję transmutacji, a nie próbę ratowania czyjegoś życia. W gruncie rzeczy czuła, że zrobiła to bardziej z obowiązku niż z potrzeby serca. Thomas Figg, choć w swoim bólu i desperacji wydał się jej na moment niemal ludzki, pozostawał dla niej symbolem nieporadności, której nie potrafiła tolerować.
Głos McGonagall wyrwał ją z tych chłodnych myśli. Odwróciła głowę w stronę nauczycielki, która z napięciem, a jednocześnie pewną ulgą wyczarowywała nosze pod nieprzytomnym chłopcem. Eden uniosła lekko brew, słysząc o przyznaniu punktów dla Slytherinu.
- Sto punktów za próbę - powtórzyła cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. - A on prawie zakończył swój lot na mojej głowie. -
Minerwa McGonagall rzuciła jej krótkie spojrzenie, które mówiło więcej, niż wyraziłyby słowa. Eden zrozumiała, że jej komentarz mógł być uznany za niestosowny, ale w tym momencie nie przejmowała się tym zbytnio. Śledziła wzrokiem, jak profesor lewituje Thomasa w stronę skrzydła szpitalnego, a echo jej kroków odbija się od kamiennych ścian.
Pozostała na dziedzińcu, z rękoma splecionymi na piersi, rozważając całą tę sytuację. Nie czuła triumfu, nie czuła nawet ulgi. Zastanowiła się przez chwilę, czy gdyby miała wybór, zrobiłaby to samo jeszcze raz. I choć w jej myślach pojawiło się pytanie, odpowiedź była jasna.
Nie dla Thomasa. Nie dla jego łez czy skarg. Ale dla siebie. Dla tej krótkiej chwili, gdy czuła, że mogła wpłynąć na czyjś los - choćby po to, by nauczyć go, że życie ma swoją wartość, nawet jeśli jest dalekie od ideału.
Koniec sesji
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~