Owszem, uczucia były szalenie popierdo... szalenie dziwną sprawą. Najdziwniejsze były wtedy, kiedy odkrywaliśmy, że przeczą naszym własnym myślom. Lekkie uczucie ulgi pojawiło się w Laurencie, a przecież nie powinno się wiązać z żadną ulgą fakt, że ktoś nie pamiętał dramatu, do którego doszło. Albo mogło się z tym wiązać, ale z zupełnie innych pobudek. A Laurent się odrobinę ucieszył, bo to oznaczało, że sam mógł winę swoją zapomnieć. Zakopać głęboko w ziemi, albo porzucić w lesie, by kruki je rozdziobały. Kanibalizm myśli, za który się ganił. Rozgrzeszenie, za które w duchu dziękował.
Ten skrzat wzbudził we Flynnie jakieś emocje, tylko co dokładnie kłębiło się pod tą poplątaną czernią? Odkąd usłyszał od Nicholasa, że przestanie pytać, dopóki usłyszy to, co chce, zaczął wartościować usłyszane odpowiedzi i pytania - wcale nie zwolniło go to jednak z tej maniery. Pojawiła się tylko świadomość tego czynu, ale świadomość już była pierwszym krokiem do jakichś zmian. Teraz więc powstawało pytanie, czy był gotów na usłyszenie prawdy. Albo unikania tematu. Nie próbując nie da się niczego osiągnąć, ale rozumiał strach przed zawodem. Pragnienie, żeby wyjść jako ktoś lepszy w oczach drugiej strony. Posłał mu ciepły uśmiech, kiedy wchodził do środka.
- Miejsce, które mi się spodoba... - Powtórzył w zamyśleniu za nim. - Które nam się spodoba. - Dążyło to do tego samego - Laurent miał swoje ulubione miejsca, a Flynn swoje. Gdzie był złoty środek? Byli z tak skrajnych przestrzeni, że ciężko było to sobie wyobrazić - przynajmniej jemu. Był pewien, że Flynn nie będzie się czuł swobodnie w jego ulubionych restauracjach i kawiarniach. I na pewno on nie czułby się swobodnie w pubach, do których chodził Crow. Pewnie w części to była kwestia przyzwyczajenia? Do niektórych rzeczy na pewno. Tylko do czego się można przyzwyczaić, a co wyrastało ponad możliwości rutynowania? Tak czy siak magiczne słowo "my" (w każdej odmianie) brzmiało znacznie lepiej.
Nie przeszkadzał mu. Kiedy palił, kiedy spoglądał przed siebie i dumał, albo nie myślał wcale. Nie wciskał swojego wścibskiego, ciekawskiego nosa w tę chwilę. Matka mu świadkiem, że miał ochotę. Zajął się jednak innymi rzeczami - pozgarnianiem drobnostek, wprowadzeniem razem z Migotkiem ładu do tego wnętrza, w którym panowało zamieszanie jak na standardy blondyna. I nie wpasowywało się to w definicję słowa "bałagan". Zatrzymał się nad ramką, która leżała na półce nad kominkiem tak, że nie było widać zdjęcia. Podniósł je, żeby spojrzeć na zawartość - i wyciągnął ją z ramki.
- Chcesz zobaczyć coś śmiesznego? - Wyszedł do niego i przylgnął do jego boku, opierając przedramię o jego bark. I wyciągnął zdjęcie tak, żeby mogli na nie spoglądać razem. Na zdjęciu była piękna rodzinka Laurenta - Edward, Aydaya i Pandora. I oczywiście mały Laurent w wieku niecałych 7 lat. Nie trzeba było odróżniać kolorów, żeby widzieć, jak bardzo Laurent do tego obrazka familijnego nie pasował. Edward miał brunatne włosy z pierwszymi oznakami siwizny, a Aydaya i Pandora prezentowały sobą zagraniczną, egzotyczną urodę Turcji - ciemniejsza karnacja i niemal czarne włosy z brązowymi oczami. I jasna plama w postaci Laurenta. - Mój ojciec, moja mat... macocha i siostra - Pandora. - Wskazał palcem na kolejne persony. Zsunął rękę z jego barku do jego dłoni, by spleść ich palce. - Więc... veritaserum... nie masz obaw, że podstępem, któregoś dnia, wleję ci go do soku?