30.11.2024, 17:09 ✶
Humor miała wręcz bajeczny, rozanielony, pogrążony w myślach dnia ubiegłego.
Piękny sen, który prysł jak bańka mydlana - a jednak zostawiając coś po sobie. Czarną, puchatą kuleczkę, którą trzymała na rękach, krocząc do domu.
Ojca odnalazła niemal od razu, nie było to zbytnio skomplikowane. Była pewna, że będzie pochłonięty pracą w gabinecie i tak właśnie było.
-Tatuuusiu - rzuciła swym anielskim, zdecydowanie zbyt niewinnym tonem głosu, który Richard bardzo dobrze znał. Można by się łudzić, że jego córka stała się uosobieniem delikatności i słodkości, ale dobrze wiedział, że ten pomiot szatana odziedziczył kilka trudnych i (według niektórych) paskudnych cech charakteru właśnie po nim. Ton głosu mógł sugerować kilka rzeczy - kłopoty, ale na tyle niewielkie by tego tonu głosu używać. Mógł również sugerować nagłą chęć męczenia ojca swoją osobą w przypływie braku miłości i uwagi - ale też, że ta coś chciała. Coś oderwanego i raczej co nie należało do standardowych zachcianek.
-Wiesz, że cię kocham, prawda? - podjęła miękko, wpatrując się w niego łobuziarskim spojrzeniem jak wtedy gdy miała sześć lat i spadła z drzewa wprost kwiaty sąsiadów, niszcząc im poniekąd rabatki. Dziewczyna była aż nadto energiczna, aż zbyt w dobrym humorze co było wręcz podejrzane.
Weszła do gabinetu, podchodząc do biurka.
-Patrz co mam - rzuciła pośpiesznie, wyciągając w jego kierunku czarnego kociaka - To Lucyfer - wyznała widocznie zafascynowana swoim nowym nabytkiem, wyglądała jak dziecko które otrzymało wymarzony prezent na święta.
-Może z nami zostać, błagam cię - wymruczała - Obiecuje się nim zająć należycie, nie będzie sprawiał problemów - zapewniła szybko, a wielkie zielone oczy kociaka wpatrywały się wprost w Richarda.
Piękny sen, który prysł jak bańka mydlana - a jednak zostawiając coś po sobie. Czarną, puchatą kuleczkę, którą trzymała na rękach, krocząc do domu.
Ojca odnalazła niemal od razu, nie było to zbytnio skomplikowane. Była pewna, że będzie pochłonięty pracą w gabinecie i tak właśnie było.
-Tatuuusiu - rzuciła swym anielskim, zdecydowanie zbyt niewinnym tonem głosu, który Richard bardzo dobrze znał. Można by się łudzić, że jego córka stała się uosobieniem delikatności i słodkości, ale dobrze wiedział, że ten pomiot szatana odziedziczył kilka trudnych i (według niektórych) paskudnych cech charakteru właśnie po nim. Ton głosu mógł sugerować kilka rzeczy - kłopoty, ale na tyle niewielkie by tego tonu głosu używać. Mógł również sugerować nagłą chęć męczenia ojca swoją osobą w przypływie braku miłości i uwagi - ale też, że ta coś chciała. Coś oderwanego i raczej co nie należało do standardowych zachcianek.
-Wiesz, że cię kocham, prawda? - podjęła miękko, wpatrując się w niego łobuziarskim spojrzeniem jak wtedy gdy miała sześć lat i spadła z drzewa wprost kwiaty sąsiadów, niszcząc im poniekąd rabatki. Dziewczyna była aż nadto energiczna, aż zbyt w dobrym humorze co było wręcz podejrzane.
Weszła do gabinetu, podchodząc do biurka.
-Patrz co mam - rzuciła pośpiesznie, wyciągając w jego kierunku czarnego kociaka - To Lucyfer - wyznała widocznie zafascynowana swoim nowym nabytkiem, wyglądała jak dziecko które otrzymało wymarzony prezent na święta.
-Może z nami zostać, błagam cię - wymruczała - Obiecuje się nim zająć należycie, nie będzie sprawiał problemów - zapewniła szybko, a wielkie zielone oczy kociaka wpatrywały się wprost w Richarda.