— Niektórym obsesjom zdarza się wrócić po długim czasie. Kto wie, może to pora na ponowne przeczytanie całej serii? — skomentował, nieco na siłę szukając logicznego wytłumaczenia, które sprawiłoby, że znalazłby się na prowadzącej pozycji w ich małej wymianie zdań.
Zmarszczył brwi, słysząc nazwisko Herberta. Czy książka ta rzuciła mu się gdzieś w oczy podczas lektur Brenny w posiadłości? Możliwe, siostrze zazwyczaj towarzyszyło sporo książek, jeśli nie była akurat pochłonięta załatwianiem spraw służbowych lub nieco bardziej utajnioną działalnością, w jaką się ostatnimi czasy angażowali. W gruncie rzeczy sam ostatnio nie miał zbyt wiele czasu na czytanie. Miał wręcz wrażenie, że częściej czytał korespondencję, czy jakąkolwiek powieść.
Mogłoby już nadejść to lato, pomyślał, spoglądając w okno z niejaką tęsknotą. Oby przetrwać Beltane, badania z Castielem i może nawet uda mu się nieco odpocząć, gdy temperatury w końcu przestaną wariować, a pogoda nie będzie zmieniała zdania co pięć minut. Zamrugał, słysząc komentarz Brenny, wbijając w nią na moment skonfundowany wzrok, żeby potem przenieść go na Rookwooda. Że co? Że mówiła o nim? Cóż, nie wstydził się swojej aparycji, jeśli o to chodziło. Na wszelki wypadek przeczesał sobie włosy dłonią.
— Kto wie, może jak przyprowadzi kogoś w Twoim wieku, to znajdziesz swoją bratnią duszę. Taką zapracowaną, niecierpliwą i sypiającą dwie godziny na dobę — dorzucił, trącając lekko Brennę ramieniem.
Nie miał nic złego na myśli, chociaż musiał przyznać, że wizja, gdzie dziewczyna znajduje faktycznego, prawdziwego chłopaka mocno by go zaskoczyła. Nie łatwo było dorównać temperamentem i... swego rodzaju intensywnością działań jego siostrze. Ktoś, kto byłby w stanie to zrobić zasługiwał na medal, a matka na pewno bardzo chętnie by go poznała.
— Ekhm, cóż... Dom jest duży, a chata ogrodnika zapewnia prywatność. Gdybyś chciał zaprosić większą ilość znajomych na jakąś... zabawę — mruknął. Bezpośredniość tego chłopaka sięgała sufitu. Nie miał bladego pojęcia, czy uznać to za coś pozytywnego, czy wręcz przeciwnie. Na pewno nikt w jego towarzystwie nie miał problemów ze zidentyfikowaniem jego intencji.
Skrzywił się, gdy Brenna pokazała kolejny eksponat, którego miejsce powinno być raczej w muzeum, niż rodzinnej szafie. Odsunął się o dwa kroki na wszelki wypadek, gdyby siostra dla żartu postanowiła położyć to okropieństwo na jego głowie.
— Może nie orientuje się w najnowszych trendach, ale nawet ja wiem, że takie cuda wyszły z mody parędziesiąt lat temu. Jak nie lepiej. — Spojrzał kwaśno na kapelusz z sępem. Biedny zwierzak. Świadkiem jak wielu potworności musiał być świadkiem, gdy poprzedni właściciel bądź właścicielka zabierała go na bale i bankiety? Erik aż się wzdrygnął na samą myśl.
Pokiwał głową, akceptując wyjaśnienia Charliego. Cóż, to brzmiał całkiem logicznie. Złożenie mebli, nawet częściowo, własnymi rękami gwarantowało większą trwałość konstrukcji na wypadek, gdyby zaklęcia nie wytrzymały wystarczająco długo. Zanim jednak dojdzie do tego rodzaju testów minie jeszcze trochę czasu. Może i udało im się ustalić dalszy plan pracy, ale wciąż zostało im wiele do zrobienia, jeśli mieli przystosować poddasze do standardów, chociaż minimalnie podobnych do reszty domu. Erik westchnął ciężko. Trzeba było brać się do roboty.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞