30.11.2024, 22:27 ✶
- Od stycznia - odpowiedziałem bez problemu, choć to wcale nie było takie lekkie. Świadomość, że był już sierpień i że minęło już ponad pół roku, niezwykle mnie zatrważała. Sądziłem, że nie będę tak długo egzystował, że to się skończy prędzej niż później, a jednak... Osiem miesięcy. Ponad osiem miesięcy. Za długo.
Zgodnie z myślami, uśmiech i ogólna beztroska spełzły z mojej twarzy. Dobre żarty z wampiryzmu nigdy nie miały być dobrymi żartami.
Ale dobre w tym wszystkim było przynajmniej to, że Ambroise miał eliksiry. Przyjąłem je z lubością, proponując mu jeszcze dopłatę. Nie zamierzałem wciąż od niego brać, nie dając nic, a fakt, że miałem podzielić się tym gównem z moich żył, nie wydawał się być szczególnie wystarczającą odpłatą za nieprzyjemności z mojej strony, których doświadczył Ambroise. Bardzo chciałem go wtedy ugryźć, zdawał się być kusząco smakowity, ale teraz... BROŃ MNIE MERLINIE, OD TEJ PRZEDZIWNEJ WONI.
Schowałem skrzętnie fiolki do kieszeni. Bezpiecznie by nie uległy zniszczeniu. Przeklnąłbym siebie do końca (nie)życia, gdyby miało to miejsce w tej chwili, a nawet do czasu mojego najbliższego snu. Potrzebowałem tego jak diabli. Szczególnie biorąc poprawkę na ten brak delikatności w wypytywaniu Ambroise’a o Mulciberów. Zresztą, w dupie z nimi. Mogłem się ugryźć, mogłem sobie wręcz przegryźć język. Warzyłem kolejne piwa u Greengrassa.
Zgodnie z jego radą zamierzałem milczeć. Kiedy on deptał drugi niedopałek, ja skończyłem palić swojego papierosa. Nawet spaliłem go trochę za bardzo, z nerwowości. Pomimo że nie czułem się jeszcze sztywnym wampirem, to jednak Ambroise zwrócił na to uwagę, więc... może jednak już ostygłem, może zamieniałem się beznamiętny posąg. Czy oddychałem? Próbowałem to kontrolować, może aż zanadto, ale... oddychałem. Czułem zapachy charakterystyczne dla Pokątnej, zaraz też wyraźnie odczułem odór Nokturnu. Co prawda, oba te odczucia były co chwila zabijane przez specyficzne perfumy Ambroise’a, ale... jakoś oddychałem. To było najważniejsze. Nie traciłem zmysłu węchu, a wręcz go nadwyrężałem, próbując wychwytywać kolejne nuty chuj wie czego w powietrzu. Choć można by rzec, że na Nokturnie powietrze stało, gęstniało wilgocią i było jednocześnie dusząco przesuszone. Takie tam moje odczucia, wrażenia.
Poprawiłem kaptur na głowie i przywdziałem poważną minę, choć ta towarzyszyła mi już od samego początku spaceru... Czy też przemykania. Zamyśliłem się, a to pomagało w powadze. Przynajmniej jeśli chodziło o moją mimikę twarzy. Kątem oka też obserwowałem, ciekawy, gdzie też Ambroise mnie prowadził, gdzie też było wejście do Podziemnych Ścieżek. Robiłem to, rzec jasna, możliwie jak najbardziej dyskretnie.
Zgodnie z myślami, uśmiech i ogólna beztroska spełzły z mojej twarzy. Dobre żarty z wampiryzmu nigdy nie miały być dobrymi żartami.
Ale dobre w tym wszystkim było przynajmniej to, że Ambroise miał eliksiry. Przyjąłem je z lubością, proponując mu jeszcze dopłatę. Nie zamierzałem wciąż od niego brać, nie dając nic, a fakt, że miałem podzielić się tym gównem z moich żył, nie wydawał się być szczególnie wystarczającą odpłatą za nieprzyjemności z mojej strony, których doświadczył Ambroise. Bardzo chciałem go wtedy ugryźć, zdawał się być kusząco smakowity, ale teraz... BROŃ MNIE MERLINIE, OD TEJ PRZEDZIWNEJ WONI.
Schowałem skrzętnie fiolki do kieszeni. Bezpiecznie by nie uległy zniszczeniu. Przeklnąłbym siebie do końca (nie)życia, gdyby miało to miejsce w tej chwili, a nawet do czasu mojego najbliższego snu. Potrzebowałem tego jak diabli. Szczególnie biorąc poprawkę na ten brak delikatności w wypytywaniu Ambroise’a o Mulciberów. Zresztą, w dupie z nimi. Mogłem się ugryźć, mogłem sobie wręcz przegryźć język. Warzyłem kolejne piwa u Greengrassa.
Zgodnie z jego radą zamierzałem milczeć. Kiedy on deptał drugi niedopałek, ja skończyłem palić swojego papierosa. Nawet spaliłem go trochę za bardzo, z nerwowości. Pomimo że nie czułem się jeszcze sztywnym wampirem, to jednak Ambroise zwrócił na to uwagę, więc... może jednak już ostygłem, może zamieniałem się beznamiętny posąg. Czy oddychałem? Próbowałem to kontrolować, może aż zanadto, ale... oddychałem. Czułem zapachy charakterystyczne dla Pokątnej, zaraz też wyraźnie odczułem odór Nokturnu. Co prawda, oba te odczucia były co chwila zabijane przez specyficzne perfumy Ambroise’a, ale... jakoś oddychałem. To było najważniejsze. Nie traciłem zmysłu węchu, a wręcz go nadwyrężałem, próbując wychwytywać kolejne nuty chuj wie czego w powietrzu. Choć można by rzec, że na Nokturnie powietrze stało, gęstniało wilgocią i było jednocześnie dusząco przesuszone. Takie tam moje odczucia, wrażenia.
Poprawiłem kaptur na głowie i przywdziałem poważną minę, choć ta towarzyszyła mi już od samego początku spaceru... Czy też przemykania. Zamyśliłem się, a to pomagało w powadze. Przynajmniej jeśli chodziło o moją mimikę twarzy. Kątem oka też obserwowałem, ciekawy, gdzie też Ambroise mnie prowadził, gdzie też było wejście do Podziemnych Ścieżek. Robiłem to, rzec jasna, możliwie jak najbardziej dyskretnie.