01.12.2024, 21:18 ✶
- Mhm - potwierdził mruknięciem. - Mówisz o czymś, czego nie widzę na fotce czy to sprowadza się do tego, że twój ojciec fiknął w bok z Królową Śniegu?
Prostej...? Chciał zaśmiać się również z tego, że Laurent miał to za coś prostego, ale później przypomniał sobie, że to on stawał na głowie, żeby dostać to, czego chciał, bo było to wpisane w jego naturę. I to wcale nie znaczyło, że każdy facet, którego kwiaty znalazły się w tym wazonie, a fiut pomiędzy nogami blondyna... zaprezentował sobą cokolwiek. Za jedyną zabawną rzecz w tym wszystkim uznał zmianę we własnym nastawieniu - coś co wcześniej wprawiało go raczej w stan podniecenia niż goryczy, teraz zmusiło go do pełnego zdenerwowania przygryzienia własnej wargi. Łączyły się w nim teraz dwa wiatry i faktycznie poczuł bezradność stanięcia w oku jakiegoś pierdolonego huraganu. Na szczęście Laurent szybko przypomniał mu, po co w ogóle to robił.
Ktoś chciał się go nauczyć na pamięć, chociaż nie posiadał żadnych supermocy. I jeszcze...
- Kurwa, myślałem... Myślałem, że z moją biografią usłyszałem już wszystko, ale jeden twój tekst i po plecach idzie mi dreszcz, jakbym miał piętnaście lat. - Sapnął, odkładając papieros na bok. Dosłownie na bok - fajka uniosła się w powietrzu jakby leżała na czymś niewidzialnym, a Crow odwrócił się tyłem barierki, usiadł na niej, złapał Laurenta za biodra, przysuwając go do siebie, żeby oprzeć brodę o jego ciało.
Bycie analizowanym go przerażało, ale jednocześnie napełniało ekscytacją. Chciał być poznawany i chciał być kochany. Żyło w nim naprawdę wiele bardzo ludzkich, zrozumiałych potrzeb - ciepło, akceptacja i bliskość iskrzyły się w nim najmocniej, a jemu naprawdę ciężko było tworzyć relacje, w których ktoś znał jego, a nie kolejną wersję prawdy wykreowaną nie wiadomo gdzie i kiedy.
- Kminisz nad ruchem, a ja nie gram z tobą w szachy. - Niby skłamał, ale na ten temat niekoniecznie. Grał z nim teraz w wiele partii szachów, ale to Veritaserum nie miało przecież aż tak głębokiego znaczenia. Kupił je po to, żeby Alexander mógł go poznać. Bardzo się na tym zawiódł i teraz kiedy słyszał to drugi raz... zachował się impulsywnie. Dał mu to w szale emocji powtarzając w głowie jak mantrę te same rzeczy co wcześniej. Bardzo tego w sobie nie lubił, ale robił tak bardzo często. Jedna krzywo zagrana nuta i człowiek bojący się rozstań bardziej niż własnej śmierci robił dokładnie to, co w jego opinii miało do tego rozstania doprowadzić. Jak zdarcie plastra, jak... Kolejny element dążenia do unicestwienia samego siebie.
- Ludzi to przeraża kiedy mają dużo do ukrycia, a to chujostwo wyrwie im z ust coś, czego nie chcieli powiedzieć - i sam to przecież rozumiał, bo nie otworzył mordy przed nikim w Fantasmagorii przez trzy lata. Ale to przecież dlatego, że rozumiał idące za tym konsekwencje. - Ja traktuję to teraz jak medykament. - Przesuwał palcami po jego skórze, sunąc wzdłuż krawędzi spodni.
Prostej...? Chciał zaśmiać się również z tego, że Laurent miał to za coś prostego, ale później przypomniał sobie, że to on stawał na głowie, żeby dostać to, czego chciał, bo było to wpisane w jego naturę. I to wcale nie znaczyło, że każdy facet, którego kwiaty znalazły się w tym wazonie, a fiut pomiędzy nogami blondyna... zaprezentował sobą cokolwiek. Za jedyną zabawną rzecz w tym wszystkim uznał zmianę we własnym nastawieniu - coś co wcześniej wprawiało go raczej w stan podniecenia niż goryczy, teraz zmusiło go do pełnego zdenerwowania przygryzienia własnej wargi. Łączyły się w nim teraz dwa wiatry i faktycznie poczuł bezradność stanięcia w oku jakiegoś pierdolonego huraganu. Na szczęście Laurent szybko przypomniał mu, po co w ogóle to robił.
Ktoś chciał się go nauczyć na pamięć, chociaż nie posiadał żadnych supermocy. I jeszcze...
- Kurwa, myślałem... Myślałem, że z moją biografią usłyszałem już wszystko, ale jeden twój tekst i po plecach idzie mi dreszcz, jakbym miał piętnaście lat. - Sapnął, odkładając papieros na bok. Dosłownie na bok - fajka uniosła się w powietrzu jakby leżała na czymś niewidzialnym, a Crow odwrócił się tyłem barierki, usiadł na niej, złapał Laurenta za biodra, przysuwając go do siebie, żeby oprzeć brodę o jego ciało.
Bycie analizowanym go przerażało, ale jednocześnie napełniało ekscytacją. Chciał być poznawany i chciał być kochany. Żyło w nim naprawdę wiele bardzo ludzkich, zrozumiałych potrzeb - ciepło, akceptacja i bliskość iskrzyły się w nim najmocniej, a jemu naprawdę ciężko było tworzyć relacje, w których ktoś znał jego, a nie kolejną wersję prawdy wykreowaną nie wiadomo gdzie i kiedy.
- Kminisz nad ruchem, a ja nie gram z tobą w szachy. - Niby skłamał, ale na ten temat niekoniecznie. Grał z nim teraz w wiele partii szachów, ale to Veritaserum nie miało przecież aż tak głębokiego znaczenia. Kupił je po to, żeby Alexander mógł go poznać. Bardzo się na tym zawiódł i teraz kiedy słyszał to drugi raz... zachował się impulsywnie. Dał mu to w szale emocji powtarzając w głowie jak mantrę te same rzeczy co wcześniej. Bardzo tego w sobie nie lubił, ale robił tak bardzo często. Jedna krzywo zagrana nuta i człowiek bojący się rozstań bardziej niż własnej śmierci robił dokładnie to, co w jego opinii miało do tego rozstania doprowadzić. Jak zdarcie plastra, jak... Kolejny element dążenia do unicestwienia samego siebie.
- Ludzi to przeraża kiedy mają dużo do ukrycia, a to chujostwo wyrwie im z ust coś, czego nie chcieli powiedzieć - i sam to przecież rozumiał, bo nie otworzył mordy przed nikim w Fantasmagorii przez trzy lata. Ale to przecież dlatego, że rozumiał idące za tym konsekwencje. - Ja traktuję to teraz jak medykament. - Przesuwał palcami po jego skórze, sunąc wzdłuż krawędzi spodni.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.