Minimalnie rozchylone wargi chciały zadać pytanie: żartujesz?, ale ono nie padło. Błyskotliwość jego własnego umysłu była niekiedy żenująca. Tak bardzo przyzwyczaił się do tego, że wszyscy wiedzieli, że zupełnie nie pomyślał o tym, że Flynn nie miał skąd wiedzieć. Zaraz, czy mu nie mówiłeś? O matce... Krótkie wspomnienie o tym, że zmarła - to było wszystko. Chyba wszystko. Z drugiej strony mogło to oznaczać bardzo wiele, niekoniecznie to, że był wynikiem romansu swojego zbyt skocznego ojca, który na weselu Blacków zapraszał go do burdelu. Więc to lekkie, początkowe rozbawienie przeszło przez samorealizację, a potem przerodziło się na nowo w słodki uśmiech.
- Bardzo lubię tę bajkę. - Ale on teraz nie o tym. - Dopiero jak miałem jakieś 6 lat trafiłem do Prewettów. Wcześniej mieszkałem z matką. Mieszkaliśmy z bożej łaski na poddaszu jednej kamienicy. Nie radziła sobie za dobrze w tym świecie, a jej próby utrzymania nas przy życiu skończyły się tym, że sama zmarła. - Zerknął na rodzinne zdjęcie. Żałował, że nie miał takiego z Zofią. - Z miesiąc temu przypadkiem trafiłem na pozytywkę przywołującą wspomnienia. Przypomniała mi, jak pięknie ta kobieta śpiewała. - I jaka była piękna - w całości. Piękne więc było też to wspomnienie. Szkoda tylko, że w tamtym momencie tak boleśnie uderzyło.
Nie wpadał w zły nastrój teraz. Nie ogarniał go smutek, może tylko malutka nostalgia przy wspomnieniu. Jak mógłby? Zaraz zadźwięczał jego śmiech, kiedy spotkał się z jakże gorliwym wyznaniem - komplementem, jakby nie patrzeć! Chociaż uważał, że wcale nie trudno było wzbudzić dreszcz na plecach Flynna. Oplótł wokół niego ręce, uważając tylko na bolący bok. Śmierdział fajkami. Ale wystarczyło zbliżyć nos do jego skóry, na karku, żeby ta woń zniknęła.
- Gra w szachy ma ustalone zasady i ruchy. Z tobą to bardziej gra w eksplodującego durnia. Ciężko przewidzieć, co się wydarzy. Z drugiej strony czasem mam wrażenie, że to wchodzi na grę shogi. - Kontrasty. Przeskakiwanie z jednej gry na drugą. Gdzieś tam był system? Na pewno był. Mówił to nieco żartobliwym tonem. Nie był w stanie uwierzyć, że to nie była gra. Jeszcze nie wiedział, o co dokładnie grali, ale och tak, kochanie - to grą było. Nie znał zasad i reguł. Laurent grać nie lubił i nie wadziło mu przegrywanie w niektórych rozdaniach. - Dobrze, mój słodki Kruku. Dostaniesz swoje lekarstwo wieczorem. - Zamruczał na westchnieniu. To był ten rodzaj westchnięcia, które wiązało się z rozluźnieniem. Nie to ciężkie, nie to, co sprawiało, że od razu wkurwiałeś się na drugiego człowieka. Nie. To był ten dźwięk, który mógł się kojarzyć tylko z relaksem. - Teraz chodź do wanny, bo jeszcze chwila i zasnę ci w tej pozycji jak dziecko. I albo idziemy gdzieś, albo poproszę o obiad Migotka. - Zrobiło mu się tak milusio, bezpiecznie i dobrze, że kiedy tak się opierał o tego Flynna słuchając szumu fal, przed sobą mając morze, czując dotyk promieni słońca na skórze, na której czuł jeszcze przesmykujące palce, to naprawdę zrobił się senny. Poczucie bezpieczeństwa pozwalało nagle całemu ciału nie funkcjonować w naprężeniu.