02.12.2024, 00:15 ✶
Światło świetlików igrało na twarzy Millie, rozjaśniając jej rysy w sposób, który Eden przyprawiał o zawrót głowy. Była za blisko, zbyt realna, a jednocześnie tak niemożliwa. Nie powinna tu być. Nie powinna czuć tego, co czuła, ale każda chwila spędzona z Millie zdawała się tylko zaciskać pętlę, która ją przy niej więziła. Czy była to nić przeznaczenia, czy raczej stryczek?
Moody była jak ogień, od którego Eden powinna trzymać się z daleka, ale zamiast tego z każdym oddechem pochylała się bliżej. Jej słowa, jej spojrzenie, to, jak nonszalancko układała się na trawie, wszystko zdawało się wołać ją do siebie, choć Eden wiedziała, że ten krok oznacza upadek. A mimo to serce biło szybciej, a myśli zaczęły krążyć wokół niej jak planety wokół słońca.
- Mam wyrazić skruchę? - Zagaiła, a jej własny głos wydał się obcy, łamiący ciszę jak zakazany sekret. Millie nie odpowiedziała, ale w jej oczach było coś, co Eden rozumiała aż za dobrze - wyzwanie, które sprawiało, że chciała iść dalej, choć wiedziała, że to koniec wszystkiego, co znała.
Ich nosy musnęły się, niby przypadkiem, choć Eden wiedziała, że to nie było mimowiedne. Chłód wrześniowego wieczoru zdawał się parzyć skórę, a cisza między nimi stała się niemal namacalna. Wbrew rozsądkowi, wbrew wszystkiemu, co powinno ją powstrzymać, zamknęła przestrzeń między nimi. Ich usta zetknęły się, delikatnie, niepewnie, ale w tym geście było wszystko - pragnienie, lęk, szaleństwo. Eden czuła ciepło Millie, jej nierówny oddech i drżenie, które odbijało się w jej własnym ciele. Nie powinny tego robić. To wszystko było błędem.
Pomyłką, która zdawała się nie nosić znamion konsekwencji, ale przecież - jak każda - musiała jakieś za sobą nieść.
A jednak, w tej jednej chwili, poczuła coś, czego nie czuła nigdy wcześniej - absolutną wolność. Tak jakby cały świat, z jego oczekiwaniami i osądami, nagle przestał istnieć. Były tylko one, w tej chwili, w tym miejscu, gdzie wszystko wydawało się możliwe, a jednocześnie przerażająco nierealne. Eden zaryzykowała, oddając się temu momentowi, wiedząc, że może ją on zniszczyć. Czuła bicie serca Millie, niespokojne i nierówne, tak jak jej własne. Były jak dwa instrumenty w improwizowanym duecie, zbyt różne, by współgrać, ale zbyt zafascynowane sobą, by przestać próbować. W tym pocałunku była cała ich niespójność, cała ich sprzeczność - czerń i biel, kruchość i siła, przysięga i zdrada. Eden wiedziała, że powinna się odsunąć, odrzucić tę pieśń, zanim pochłonie ją na dobre. Ale zamiast tego pozwoliła sobie na jeszcze jeden takt.
Przysunęła się bliżej, przesunęła dłoń po dekolcie Millie; nie chciała jej uprzedmiatawiać, nie skazałaby na taki los drugiej kobiety, wiedząc, jak to boli. Nie mogła się jednak powstrzymać od zaciśnięcia palców na jej koszuli, oplatając nimi ściśle materiał tuż pod kołnierzem, by mocnym chwytem przyciągnąć ją jeszcze bliżej siebie. Poczuła nieodpartą potrzebę spojrzenia prosto w jej oczy, aby utonąć w bezkresie wypełniającego je miodu.
- Mam nadzieję, że umiesz dochować tajemnicy - wyszeptała, odrywając się jedynie na moment. Nawiązałaz Mildred bezpośrednie spojrzenie pełne determinacji, acz podszyte nutą rzucanego wyzwania. - Zresztą... I tak nikt ci nie uwierzy - dodała, nie czekając na odpowiedź na swoje pytanie. Wiedziała, że nikt nie śmie pokładać wiary w opowieści o tej nocy, bo sama Eden nie wierzyła, że nie śniła na jawie. Dlatego bardziej niż obietnic rzucanych na wiatr, pragnęła w tym momencie kolejnego pocałunku.
Nie spodziewała się, że pierwszy pocałunek nie będzie zaplanowany, ale chyba zbyt posmakował jej smak zakazanej wolności, by czuła tremę.
Moody była jak ogień, od którego Eden powinna trzymać się z daleka, ale zamiast tego z każdym oddechem pochylała się bliżej. Jej słowa, jej spojrzenie, to, jak nonszalancko układała się na trawie, wszystko zdawało się wołać ją do siebie, choć Eden wiedziała, że ten krok oznacza upadek. A mimo to serce biło szybciej, a myśli zaczęły krążyć wokół niej jak planety wokół słońca.
- Mam wyrazić skruchę? - Zagaiła, a jej własny głos wydał się obcy, łamiący ciszę jak zakazany sekret. Millie nie odpowiedziała, ale w jej oczach było coś, co Eden rozumiała aż za dobrze - wyzwanie, które sprawiało, że chciała iść dalej, choć wiedziała, że to koniec wszystkiego, co znała.
Ich nosy musnęły się, niby przypadkiem, choć Eden wiedziała, że to nie było mimowiedne. Chłód wrześniowego wieczoru zdawał się parzyć skórę, a cisza między nimi stała się niemal namacalna. Wbrew rozsądkowi, wbrew wszystkiemu, co powinno ją powstrzymać, zamknęła przestrzeń między nimi. Ich usta zetknęły się, delikatnie, niepewnie, ale w tym geście było wszystko - pragnienie, lęk, szaleństwo. Eden czuła ciepło Millie, jej nierówny oddech i drżenie, które odbijało się w jej własnym ciele. Nie powinny tego robić. To wszystko było błędem.
Pomyłką, która zdawała się nie nosić znamion konsekwencji, ale przecież - jak każda - musiała jakieś za sobą nieść.
A jednak, w tej jednej chwili, poczuła coś, czego nie czuła nigdy wcześniej - absolutną wolność. Tak jakby cały świat, z jego oczekiwaniami i osądami, nagle przestał istnieć. Były tylko one, w tej chwili, w tym miejscu, gdzie wszystko wydawało się możliwe, a jednocześnie przerażająco nierealne. Eden zaryzykowała, oddając się temu momentowi, wiedząc, że może ją on zniszczyć. Czuła bicie serca Millie, niespokojne i nierówne, tak jak jej własne. Były jak dwa instrumenty w improwizowanym duecie, zbyt różne, by współgrać, ale zbyt zafascynowane sobą, by przestać próbować. W tym pocałunku była cała ich niespójność, cała ich sprzeczność - czerń i biel, kruchość i siła, przysięga i zdrada. Eden wiedziała, że powinna się odsunąć, odrzucić tę pieśń, zanim pochłonie ją na dobre. Ale zamiast tego pozwoliła sobie na jeszcze jeden takt.
Przysunęła się bliżej, przesunęła dłoń po dekolcie Millie; nie chciała jej uprzedmiatawiać, nie skazałaby na taki los drugiej kobiety, wiedząc, jak to boli. Nie mogła się jednak powstrzymać od zaciśnięcia palców na jej koszuli, oplatając nimi ściśle materiał tuż pod kołnierzem, by mocnym chwytem przyciągnąć ją jeszcze bliżej siebie. Poczuła nieodpartą potrzebę spojrzenia prosto w jej oczy, aby utonąć w bezkresie wypełniającego je miodu.
- Mam nadzieję, że umiesz dochować tajemnicy - wyszeptała, odrywając się jedynie na moment. Nawiązałaz Mildred bezpośrednie spojrzenie pełne determinacji, acz podszyte nutą rzucanego wyzwania. - Zresztą... I tak nikt ci nie uwierzy - dodała, nie czekając na odpowiedź na swoje pytanie. Wiedziała, że nikt nie śmie pokładać wiary w opowieści o tej nocy, bo sama Eden nie wierzyła, że nie śniła na jawie. Dlatego bardziej niż obietnic rzucanych na wiatr, pragnęła w tym momencie kolejnego pocałunku.
Nie spodziewała się, że pierwszy pocałunek nie będzie zaplanowany, ale chyba zbyt posmakował jej smak zakazanej wolności, by czuła tremę.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~