Gwiazdy potrafiły być jasne jak promienie słońca. Sirius mógłby pozazdrości Flynnowi tego blasku, jaki teraz od niego bił. Skradziony z kosmosu malutki element wszechświata, który stał się taki wielki na tym tarasie, taki wszystkoznaczący. Istotny w każdym calu, każdym swoim geście, każdym mrugnięciu okiem, które zakrywały brąz oczu czernią kurtyny rzęs. Czasem miał wrażenie, że Flynn nie słucha w ogóle, ale to nie był ten czas. Nikt inny teraz nie mógł bardziej słuchać i słyszeć. Nikt inny nie mógłby tego potwierdzić w jednym geście. Jednym uśmiechu, który lśnił bardziej niż najjaśniejsza z gwiazd.
- Właściwie masz rację. Liczę na to, że później nie będę miał siły na zadawanie pytań. - Za to chciał użyć veritaserum przed... ale odsunął to gdzieś na razie na bok. W kąt. W swoim planie idealnym rzeczywiście poznawał zbliżenie z drugiej strony, jak ze swojej strony - tak, by dłonie leżały w tym idealnym miejscu, by nacisnęły na skórę tam, gdzie potrzeba i wbiły paznokcie w odpowiedniej chwili.
Lipiec od sierpnia dzieliły miliony mil. Było jak wczoraj, a wczoraj było jutrem. Poplątanie teraźniejszości i przeszłości w jednej chwili było o wiele intensywniejsze, kiedy noga Laurenta spoczęła na nodze, gdzie powinna znajdować się blizna. Ciało tego człowieka miało ich pełno. Były równie mnogie co tatuaże, które go zdobiły - a o historię każdego chciał zapytać. Godził się na to, że nie każdą za to będzie mógł usłyszeć. W tę radość i ukojenie wdarła się niepewność, gdy spojrzał na wannę. Co za niefortunne miejsce. Wspomnienie snu było jedynym teraz odległym, zupełnie nie pokrywał się z rzeczywistością, w której to miejsce pokryte było mętną czerwienią rozpływającą się w wodzie, a wspomnienie dotyku Philipa z łazienki stało się nagle odstręczające. Nagle? Wcale nie nagle. Niepokój... a potem patrzysz na tego radosnego wręcz człowieka, który wywijał pupą jak zawodowy stripteaser i mimo tego się uśmiechasz. Nie uciekasz, nie rezygnujesz, ale czy wierzysz? Ufasz? Ty nawet samemu sobie nie możesz ufasz. Więc przyszedł ten dotyk, odebrany z dozą niepewności. Niepokój rodził strach, ale tutaj ta róża nie miała rozkwitać. Flynn nie mógł być żadnym innym kwiatem - miłość, z której szyte były jego zbyt małe ubrania, żądała opłat i chciała być doceniana. Podziwiaj jej piękno, czerp z dzbana i zapomnij o agape. My tutaj uprawiamy miłość liryczną.
Chyba się w tym zatapiał, albo gubił. Wyłożył się na Flynnie, a napięcie zamieniało się znów w rozluźnienie. To nie dotyk stawał się przerażający - to jego brak sprawiał, że sięgasz dłonią po dłoń, by ją znów poruszyć, albo własnymi palcami suniesz po wronich udach. Co za samobójstwo - wyczuwasz bliznę pod palcami. A pod powiekami obraz, który przeganiasz - rozmywa się jak para z tej ciepłej wody w tej dużej wannie. Czy Crow myślał? Czy też topił się jak kostka lodu zostawiona na słońcu? Myślał? Jeśli tak - knuł coś? Jeśli knuł - powinien się bać? Czy ten dotyk się zmieni, stanie inny? Nie chcę, żeby stawał się inny. Proszę, proszę, proszę...
Otworzył szeroko oczy - ale wokół nie panował półmrok, niebo nie było rozjaśnione milionem gwiazd, a ciemność nie chciała wszystkim zawładnąć, jeśli tylko zgasną świece. Zmienił się rytm jego oddechu. To nadal był on? To nadal było New Forest? Poznawał go po dotyku, poznawał go po sposobie mówienia, nawet po tym, jak oddychał.
Budzenie się czasem niepokoiło serce.
- Zasnąłem..? - Ach, oto jest. Jego Tajfun. Powiedział to lekko rozespanym głosem, chociaż wydawało mu się, że nie spał. Rozleniwionym - to byłoby lepsze słowo. Uśmiechnął się i rozluźnił na nowo, czując dotyk warg na swoim ciele. Każdy normalny człowiek już byłby cały pomarszczony, ale Laurenta ten problem przeskakiwał nawet po długich godzinach spędzonych w wodzie. Omijał go też problem rzeczywistości i tego, że zlała się ona ze snem. - To tak jakby moje modlitwy się spełniły... - Odetchnął półsennie, z tym błogim uśmiechem na ustach. - Hahaha... nie jestem pewien... To ty mi powiedz. - Wyciągnął rękę w tył tak, żeby móc oprzeć ją na jego policzku i przesunąć kciukiem po skórze. To te same, prawdziwe ręce. Poznaczone bliznami i tatuażami. Pokaż mi, jak trzymasz nóż. Przecież by go po tym rozpoznał. - Jestem tak samo słodki, czy nie? - Gra wyobraźni być może znów zagnała go do snu - do jakiejś jego innej wersji. - Crow... - cichutkie zaklęcie w ciszy między dotykiem - dziękuję. Bardzo ci dziękuję. - Budzenie się i uzmysławianie sobie, że to wcale nie jest sen, przychodziło ze wzruszeniem. Tak głębokim, że lekko zadrżało na strunach głosowych ostatniego zdania blondyna.