02.12.2024, 02:07 ✶
– No dobrze moja droga, jeśli nie chcesz, aby było pechowo to możemy też się zgodzić na czternaście – oznajmił, błyskając Charlotte śnieżnobiałymi zębami, ale skrzat akurat potrzebny nie był, bo Jonathan sam zza wczasu przygotował napoje, tak aby Lottie miała wszystko, czego potrzebowała do przyswojenia tego co zamierzał jej powiedzieć, już pod ręką.
Trzynaście i pół.
Trzynaście i pół brzmiało jeszcze, jak coś, co było nawet rozsądne.
Jonathan zupełnie niepodobnie do siebie, na chwilę się zawahał. Tak, to była prawda. Rzeczywiście powtarzał raz po raz, że ludzie szaleli na jego widok. Tylko, że no... Nigdy nie mówił, jak bardzo na jego widok szalała pewną szczególna osoba.
A mimo tego wszystkiego, ponownie się uśmiechnął, słysząc ton głosu w jakim przyjaciółka zadała mu to pytanie.
Bo taka właśnie była Charlotte. Mógł teatralnie wzdychać na niektóre z jej wypowiedzi, mógł czasem specjalnie podejmować pewne działania, lub mówić coś, przez co ona musiała głośno westchnąć z irytacji. Mogli się czasem nie zgadzać. Ona mogła czasem twierdzić, że zwariował. A jednak... A jednak kiedy przychodziło co do czego, nie miał najmniejszych wątpliwości, że mógł powiedzieć Charlotte wszystko, a ona go wysłucha.
Westchnął ciężko i po prostu usiadł obok niej na kanapie, łapiąc ją za dłoń.
– I widzisz moja droga, gdyby nie to, że to co mam ci do powiedzenia naprawdę spędza mi sen z powiek, a jednocześnie nie odczuwam bezsennością godnej artystów, może i bym napisał dla ciebie dramat o moim problemie, albo chociaż monolog, ale... – potarł wolną dłonią czoło. – Ale to chyba zbyt poważna sprawa. We Francji wdałem się w romans. Tak, z wampirem. Tak wiedziałem, że piją krew. To... Zakończyło się dość burzliwie, tuż przed moim powrotem. Właściwie to wizja mojego powrotu sprawiła, że wszystko potoczyło się... Tak, a nie inaczej. Myślałem, że to był koniec, ale nie. Zacząłem dostawać listy, a ten ostatni... Ten ostatni zagroził wam.
I znowu uderzyły go wyrzuty sumienia. Poczucie winy, że nieumyślnie naraził ludzi, ktorych kochał, dla miłości, która nawet nie była prawdziwą miłością. Ręka Charlotte, zaczęła go parzyć, tak że cofnął dłoń.
Trzynaście i pół.
Trzynaście i pół brzmiało jeszcze, jak coś, co było nawet rozsądne.
Jonathan zupełnie niepodobnie do siebie, na chwilę się zawahał. Tak, to była prawda. Rzeczywiście powtarzał raz po raz, że ludzie szaleli na jego widok. Tylko, że no... Nigdy nie mówił, jak bardzo na jego widok szalała pewną szczególna osoba.
A mimo tego wszystkiego, ponownie się uśmiechnął, słysząc ton głosu w jakim przyjaciółka zadała mu to pytanie.
Bo taka właśnie była Charlotte. Mógł teatralnie wzdychać na niektóre z jej wypowiedzi, mógł czasem specjalnie podejmować pewne działania, lub mówić coś, przez co ona musiała głośno westchnąć z irytacji. Mogli się czasem nie zgadzać. Ona mogła czasem twierdzić, że zwariował. A jednak... A jednak kiedy przychodziło co do czego, nie miał najmniejszych wątpliwości, że mógł powiedzieć Charlotte wszystko, a ona go wysłucha.
Westchnął ciężko i po prostu usiadł obok niej na kanapie, łapiąc ją za dłoń.
– I widzisz moja droga, gdyby nie to, że to co mam ci do powiedzenia naprawdę spędza mi sen z powiek, a jednocześnie nie odczuwam bezsennością godnej artystów, może i bym napisał dla ciebie dramat o moim problemie, albo chociaż monolog, ale... – potarł wolną dłonią czoło. – Ale to chyba zbyt poważna sprawa. We Francji wdałem się w romans. Tak, z wampirem. Tak wiedziałem, że piją krew. To... Zakończyło się dość burzliwie, tuż przed moim powrotem. Właściwie to wizja mojego powrotu sprawiła, że wszystko potoczyło się... Tak, a nie inaczej. Myślałem, że to był koniec, ale nie. Zacząłem dostawać listy, a ten ostatni... Ten ostatni zagroził wam.
I znowu uderzyły go wyrzuty sumienia. Poczucie winy, że nieumyślnie naraził ludzi, ktorych kochał, dla miłości, która nawet nie była prawdziwą miłością. Ręka Charlotte, zaczęła go parzyć, tak że cofnął dłoń.