02.12.2024, 16:13 ✶
Florence była istotą pragmatyczną, stanowczą, odrobinę ironiczną. I charakter, i wychowanie, sprawiły, że miała w sobie odrobinę poczucia wyższości (przytłumionej na szczęście przez maniery i to, że było w Bulstrode i trochę empatii) a w dodatku bardzo rzadko patrzyła na innych przez różowe okulary – przymykała oczy na pewne sprawy głównie w przypadku swoich najbliższych. Sama miała wrażenie, że wielu ludzi nie umiała dostrzec raczej swoich wad, a chociaż byli i tacy, którzy nie dostrzegali własnych zalet, to nie było ich zbyt wielu.
Może dobrze, że rozmowa o Edgu czy jego poznanie nie spadło na nią teraz, przy innych rewelacjach. Próbowałaby na pewno zareagować tak, by nie zranić Laurenta, ale pewnie nie byłoby to dla niej łatwe – rozumiała, że świat się zmieniał, pewne granice się zacierały i coraz bardziej liczyło się to, czego ludzie pragną, a mniej to, czego się od nich oczekuje, ale nadążenie za tymi postępami dla nieskorej do biegania Florence bywało procesem trudnym, do którego musiała podchodzić etapowo. Chyba nawet w najśmielszych snach jasnowidza nie spodziewałaby się pewnego dnia zobaczyć któregoś krewnego u boku mugolaka, cyrkowca i drobnego przestępcy.
Rzuciła Laurentowi uważne spojrzenie, ledwo wspomniał o tej czarni, jakby mogła zobaczyć otaczającą go aurę, choć jej Trzecie Oko kierowało się ku przyszłości, nie teraźniejszości.
– Ktoś jeszcze to sprawdzał… na wszelki wypadek? – Brzmiało to jak klątwa, przynajmniej w uszach klątwołamaczki, a klątwy bywały podstępne i przyćmione mogły przebudzić się znowu po pewnym czasie.
Nie mogła nie wyłapać pewnego ożywienia, gdy Laurent wspomniał o selkie. Nie myślała zwykle wiele o jego matce: nigdy jej nie poznała, a sama była zaledwie nastolatką, gdy ta zmarła. Kobieta była w głowie Florence kimś, za kim tęsknił kuzyn, kimś, kto odchodząc zostawił w jego życiu wyrwę, wymagającą zapełnienia i kimś, kogo zranił Edward Prewett. Jej dziedzictwo przetrwało w oczach jasnowłosego chłopca, w jego nieziemskim glosie – i czasem zastanawiała się, czy Laurentowi nie jest trudno odnaleźć się tu, na lądzie, bo był częściowo dzieckiem morza. Ale nie poznawszy jego matki, nie wiedząc o niej niczego więcej niż że była selkie, Florence nie mogła patrzeć na nią jak w pełni osobę z krwi i kości – i skoro Laurent należał do ich rodziny, nie zastanawiała się dotąd nigdy za wiele nad tym, czy powinien poznać społeczność selkie.
Teraz pod wpływem tego ożywienia, pomyślała bodaj pierwszy – czy było to coś, co mogło mu pomóc, czy może coś, co mogłoby pociągnąć go w stronę morza?
– Chciałbyś spotkać inne selkie? – spytała, ruszając razem z nim w stronę kuchennej części domu. – Być może Shackleboltowie mogliby z tym pomóc.
Żyli na pograniczu morza i ziemi, i tak często zdarzało się im pokochać morskie panny, że mogli nawet oddychać pod wodą.
– Naprawdę widziałeś, żebym kiedykolwiek komuś pochlebiała? – spytała łagodnie, zajmując miejsce. We własnej opinii przynajmniej: mówiła szczerą prawdę. – Powiedział ci coś interesującego?
Może dobrze, że rozmowa o Edgu czy jego poznanie nie spadło na nią teraz, przy innych rewelacjach. Próbowałaby na pewno zareagować tak, by nie zranić Laurenta, ale pewnie nie byłoby to dla niej łatwe – rozumiała, że świat się zmieniał, pewne granice się zacierały i coraz bardziej liczyło się to, czego ludzie pragną, a mniej to, czego się od nich oczekuje, ale nadążenie za tymi postępami dla nieskorej do biegania Florence bywało procesem trudnym, do którego musiała podchodzić etapowo. Chyba nawet w najśmielszych snach jasnowidza nie spodziewałaby się pewnego dnia zobaczyć któregoś krewnego u boku mugolaka, cyrkowca i drobnego przestępcy.
Rzuciła Laurentowi uważne spojrzenie, ledwo wspomniał o tej czarni, jakby mogła zobaczyć otaczającą go aurę, choć jej Trzecie Oko kierowało się ku przyszłości, nie teraźniejszości.
– Ktoś jeszcze to sprawdzał… na wszelki wypadek? – Brzmiało to jak klątwa, przynajmniej w uszach klątwołamaczki, a klątwy bywały podstępne i przyćmione mogły przebudzić się znowu po pewnym czasie.
Nie mogła nie wyłapać pewnego ożywienia, gdy Laurent wspomniał o selkie. Nie myślała zwykle wiele o jego matce: nigdy jej nie poznała, a sama była zaledwie nastolatką, gdy ta zmarła. Kobieta była w głowie Florence kimś, za kim tęsknił kuzyn, kimś, kto odchodząc zostawił w jego życiu wyrwę, wymagającą zapełnienia i kimś, kogo zranił Edward Prewett. Jej dziedzictwo przetrwało w oczach jasnowłosego chłopca, w jego nieziemskim glosie – i czasem zastanawiała się, czy Laurentowi nie jest trudno odnaleźć się tu, na lądzie, bo był częściowo dzieckiem morza. Ale nie poznawszy jego matki, nie wiedząc o niej niczego więcej niż że była selkie, Florence nie mogła patrzeć na nią jak w pełni osobę z krwi i kości – i skoro Laurent należał do ich rodziny, nie zastanawiała się dotąd nigdy za wiele nad tym, czy powinien poznać społeczność selkie.
Teraz pod wpływem tego ożywienia, pomyślała bodaj pierwszy – czy było to coś, co mogło mu pomóc, czy może coś, co mogłoby pociągnąć go w stronę morza?
– Chciałbyś spotkać inne selkie? – spytała, ruszając razem z nim w stronę kuchennej części domu. – Być może Shackleboltowie mogliby z tym pomóc.
Żyli na pograniczu morza i ziemi, i tak często zdarzało się im pokochać morskie panny, że mogli nawet oddychać pod wodą.
– Naprawdę widziałeś, żebym kiedykolwiek komuś pochlebiała? – spytała łagodnie, zajmując miejsce. We własnej opinii przynajmniej: mówiła szczerą prawdę. – Powiedział ci coś interesującego?