02.12.2024, 22:04 ✶
Ironia - miałem zadatki na zawodowego gracza Quidditcha, ale zamiast podbijać przestworza i czuć wiatr we włosach, pierwsze promienie słońca na policzkach, ja schodziłem w dół, jeszcze niżej niż ktokolwiek mógł kiedykolwiek się spodziewać.
A jednak. Właśnie to się działo, a ja zachowywałem pokerową twarz. Wiele się działo w mojej głowie, ale miało pozostać jedynie w ramach jej granic, przynajmniej do czasu, póki nie opiszę tego szczątkowo w dzienniku. Trochę żali, trochę tęsknoty i fakty, czyste fakty o zejściu, a potem o tym miejscu, o którym nie mówiło się zbyt głośno za dnia.
Ambroise zaskakiwał mnie po raz drugi. Pierwszym zaskoczeniem było to, jak bez skrupułów wbił mi prowizoryczny kołek w pierś. Od zawsze miałem go za delikatnego i dobrodusznego, ale była to tylko maska. Tak naprawdę był konkretnym gościem, który potrafił nie tylko zadbać o siebie, ale również o moją siostrę. Szok, bo w końcu ktoś musiał jej pomóc, w pewien sposób nawet i ocalić przed totalną zgubą, ale... Ambroise, myślałem o Ambroise’ie. Wtedy zaskoczył mnie tym, a teraz faktem, że znał tak obskurne miejsce, miejsce bardziej wstrętne od Śmiertelnego Nokturnu. Zaskakujące.
Za żadne skarby nie zamierzałem go pytać, skąd zna to miejsce. Ugryzłem się w język. Co prawda nie dosłownie, ale uparcie nie zamierzałem pytać, pomimo ciekawości. Zamierzałem nawet się ugryźć serio w ten język, gdyby jednak coś miało opuścić moją głowę w tym miejscu poprzez niewyparzoną gębę.
Pokiwałem głową, żeby dać mu znać, że słucham. Poważna mina, przygarbiona poza i nierozglądanie się z ciekawością. Tylko subtelnie zerkałem. Zapamiętanie drogi powrotnej miałem we krwi. Byłem łowcą.
I niezależnie od tego jak bardzo byłbym ciekaw, jestem niewzruszoną skałą. Nie przyjmę żadnego szemranego przedmiotu z tego jeszcze bardziej szemranego miejsca. Byłem tu tylko w jednym celu i miałem przy tym milczeć.
Woń była tu przedziwna. Gorsza of perfum Ambroise’a, a że te z kolei wciąż mi towarzyszyły... To postanowiłem na jakiś czas przestać oddychać. Znałem już różne historie o kadzidłach, które mąciły ludziom w głowach. Obstawiałem, że nie wybrzydzały by również omotaniem wampira.
Uśmiechnąłem się perfidnie do jakiejś wiedźmy, która oferowała jakieś gówno. Zaraz odwróciłem przysłonięty wzrok, podążając za Ambroise'm i wyłapując kolejne punkty. Faktycznie było tu od cholery korytarzy. Wiły się, zakręcały. Zdecydowanie wolałem świeże powietrze i nieskończone przestrzenie, ale nie miałem co wybrzydzać. Byłem tu by się przydać.
A jednak. Właśnie to się działo, a ja zachowywałem pokerową twarz. Wiele się działo w mojej głowie, ale miało pozostać jedynie w ramach jej granic, przynajmniej do czasu, póki nie opiszę tego szczątkowo w dzienniku. Trochę żali, trochę tęsknoty i fakty, czyste fakty o zejściu, a potem o tym miejscu, o którym nie mówiło się zbyt głośno za dnia.
Ambroise zaskakiwał mnie po raz drugi. Pierwszym zaskoczeniem było to, jak bez skrupułów wbił mi prowizoryczny kołek w pierś. Od zawsze miałem go za delikatnego i dobrodusznego, ale była to tylko maska. Tak naprawdę był konkretnym gościem, który potrafił nie tylko zadbać o siebie, ale również o moją siostrę. Szok, bo w końcu ktoś musiał jej pomóc, w pewien sposób nawet i ocalić przed totalną zgubą, ale... Ambroise, myślałem o Ambroise’ie. Wtedy zaskoczył mnie tym, a teraz faktem, że znał tak obskurne miejsce, miejsce bardziej wstrętne od Śmiertelnego Nokturnu. Zaskakujące.
Za żadne skarby nie zamierzałem go pytać, skąd zna to miejsce. Ugryzłem się w język. Co prawda nie dosłownie, ale uparcie nie zamierzałem pytać, pomimo ciekawości. Zamierzałem nawet się ugryźć serio w ten język, gdyby jednak coś miało opuścić moją głowę w tym miejscu poprzez niewyparzoną gębę.
Pokiwałem głową, żeby dać mu znać, że słucham. Poważna mina, przygarbiona poza i nierozglądanie się z ciekawością. Tylko subtelnie zerkałem. Zapamiętanie drogi powrotnej miałem we krwi. Byłem łowcą.
I niezależnie od tego jak bardzo byłbym ciekaw, jestem niewzruszoną skałą. Nie przyjmę żadnego szemranego przedmiotu z tego jeszcze bardziej szemranego miejsca. Byłem tu tylko w jednym celu i miałem przy tym milczeć.
Woń była tu przedziwna. Gorsza of perfum Ambroise’a, a że te z kolei wciąż mi towarzyszyły... To postanowiłem na jakiś czas przestać oddychać. Znałem już różne historie o kadzidłach, które mąciły ludziom w głowach. Obstawiałem, że nie wybrzydzały by również omotaniem wampira.
Uśmiechnąłem się perfidnie do jakiejś wiedźmy, która oferowała jakieś gówno. Zaraz odwróciłem przysłonięty wzrok, podążając za Ambroise'm i wyłapując kolejne punkty. Faktycznie było tu od cholery korytarzy. Wiły się, zakręcały. Zdecydowanie wolałem świeże powietrze i nieskończone przestrzenie, ale nie miałem co wybrzydzać. Byłem tu by się przydać.