Ludzie byli bardzo różni, a czarodzieje jeszcze różniejsi. Jedni byli spokojni inni hałaśliwi, jedni ładni drudzy brzydcy, jedni lubili swoje pieniądze inni mniej. Mężczyzna, który właśnie wszedł do Kotła należał do tej drugiej grupy osób. Najwyraźniej coś mu się w życiu właśnie udało, bo bez wahania skierował swoje kroki w stronę szynkwasu i głośno obwieścił sponsoring kolejki dla wszystkich. Calas może i nie przepadał za ludźmi, których marzeniem było znalezienie się w centrum uwagi, ale darmowe piwo to darmowe piwo. Tak więc spokojnym krokiem, co by się za bardzo nie przepychać między ludźmi skierował się w stronę baru.
Podczas tej niebywale długiej wędrówki doszedł do wniosku, że taki ktoś mógł być właśnie partnerem biznesowym, którego szukał. Póki co ze sporą dozą ostrożności, lecz pieniądze zazwyczaj gwarantowały zaufanie obu stron.
Kiedy dostał do ręki swój uszczerbiony kufel pełen mętnego płynu, który kiedyś mógł stać obok piwa, poszukał wzrokiem swojego dobrodzieja w tłumie. Ubrał na swoją twarz najbardziej poczciwy uśmiech na jaki mógł się zmusić i skierował się w jego stronę.
- Kolego, powiedz mi proszę, skąd taka szczodrobliwość z twojej strony? Wybacz ciekawość, ale jest to dosyć niespotykane w tym… interesującym mieście. - Wskazał okoliczne ściany kuflem, a miał na myśli naturalnie kochany Londyn. - Usiądziemy? - Następnie wyszukał jakiś pusty stolik i w tamtą stronę skierował swoje kroki.
- Calas Flitwick. - Uprzejmie przedstawił się wyciągając swoją niemałą dłoń do mężczyzny.