03.12.2024, 17:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2025, 21:16 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine wzbraniała się przed podjęciem zdecydowanego działania, widząc, że Victoria pozostaje w stanie gotowości bojowej, choć w pierwszym odruchu – wbrew podszeptom instynktu samozachowawczego – nie zważając na zagrożenie, podeszła nieco bliżej stołu, na którym siedziała ożywiona kobieta. Nie kierowała nią wprawdzie sama chęć pomocy, a raczej zawodowa ciekawość: myślała o tym, że teraz przydałby się tutaj magomedyk albo antropolog, aby fachowo zbadać nieumarłą i stwierdzić, czy rzeczywiście jest nieumarła. Wciąż miała w pamięci wspomnienia poronionej przemiany, która miała miejsce na ich oczach, bluźnierstwo wobec naturalnego porządku świata, biorącego swój początek w łonie Matki. Wciąż też czuła obrzydzenie, a jednak z obmierzłą fascynacją śledziła ruchy kobiety: patrzyła jak wysuwa delikatnie język, oblizując spierzchnięte wargi, jak napina mięśnie, aby się przeciągnąć, patrzyła jak patrzy, mruga, drobnymi zmianami w mikroekspresji reagując na to, co ją otacza.
Lorraine milczała, dając nieznajomej przestrzeń na podzielenie się swoją historią.
Wiedziała, że powinna się skupić na teorii Victorii – na tym, co mówiła o Limbo –poddać uważnej analizie wszystkie słowa, jakie padły między nimi: umysł Lorraine pracował na najwyższych obrotach, próbując połączyć ze sobą poszczególne wątki tej opowieści, bo w końcu w tym właśnie była dobra – w analizowaniu faktów i znajdowaniu powiązań, nawet tam, gdzie ich nie było. Wiedziała, że niektórzy mogą wracać z zaświatów do krainy żywych, ominąwszy skrótem Limbo – tak przecież zrobił dziadek Ambrosii, po tym jak z cukiernika został zmuszony przebranżowić się na właściciela zamtuza – czy McKinnon nie jest przypadkiem nazwiskiem szkockiego pochodzenia, rozważała dłuższą chwilę, słysząc silny akcent kobiety: logicznym wydało jej się bowiem powiązanie kojarzonej z odmętów półświatka twarzy zmartwychwstałej z rodziną powszechnie znaną w tymże środowisku z tego, że... no... Zmartwychwstają. Nieumarłe kurtyzany McKinnonów nie przestawały kupczyć swymi wdziękami nawet po śmierci. Dziwnie zobojętniałe wobec wyroków losu, sprawiały wrażenie, jakby wszystko było im jedno, co Lorraine, która czasem wykorzystywała je w roli informatorek, wydawało się po prostu... Smutne. Nie mogły tak naprawdę umrzeć, więc nie mogły też tak naprawdę żyć. Czy ta kobieta mogła być jedną z nich?
Lorraine nie znała skomplikowanych koligacji rodzinnych McKinnonów, nie mogła przecież przestudiować ich drzewa genealogicznego w skorowidzu czystości krwi, czy jednak musiała znać z imienia i nazwiska każdą pracownicę Kościanego? Nie bywała tam na tyle często, by móc rozpoznawać wszystkie po twarzach, czy też po ich... Lorraine ufiksowała spojrzenie na twarzy nieznajomej, kiedy ta z dziwnym ociąganiem okrywała się prześcieradłem, nie chcąc pozwalić sobie na to, aby w takiej chwili zaślepiły ją uprzedzenia. A może to obecność Victorii spowodowała tę anomalię? Choć Victoria Lestrange była niezaprzeczalnie żywa, Limbo odcisnęło na niej swoje piętno, czyniąc ją podobną leżącym obok trupom. Limbo odbierało jej skórze ciepło – kto wie, co jeszcze – zwracając je w zamian kobiecie, która jeszcze przed chwilą była, cóż, niezaprzeczalnie martwa. Czy to może wpływ samego Necronomiconu, który przed laty stanowił ulubioną kryjówkę nekromanty, Alhazreda Malika, sycącego mury zakazaną magią?
Wiedziała, że powinna myśleć teraz o wszystkich tych rzeczach, wiedziała, tak, wiedziała o tym, ale... Nie myślała. Świat nie istniał, istniała tylko jedna rzecz, jedna myśl, rozbijająca się echem we wnętrzu jej czaszki niby kościelny dzwon. Potrzeba. Potrzeba obezwładniająca, potrzeba obsesyjna, bo Lorraine Malfoy miała obsesję – obsesję, której przeciwstawienie się wymagało wszystkich dostępnych jej pokładów samokontroli – obsesję zakazaną, zrozumiałą bodaj tylko dla tych, którzy ją kochali, a i to nie zawsze.
Legilimencja. Och, gdyby tylko mogła użyć legilimencji.
Lorraine utkwiła wzrok w kobiecie siedzącej przed nią na stole. "Ostatnie trzy razy budziłam się w lesie", mówiła, a Lorraine coraz bardziej kręciło się w głowie, "czuły, że za moment pojawię się tam znowu...", a Lorraine czuła, że pocą jej się dłonie, kiedy nerwowo obracała różdżkę między palcami, "czuwały nad tym, co ze mnie zostało, żeby się tak pastwić..."
Chciała dotknąć jej umysłu. Zajrzeć do jego wnętrza, rozłożyć na czynniki pierwsze to, co tam znajdzie, wyrwać z okowów pamięci tajemnicę życia wiecznego. Co sprawia, że jesteś wyjątkowa, wydawały się pytać oczy Lorraine, błyszczące niezdrowo w ciemności zakładu, oczy legilimentki. Czy nieznajoma wiedziała, dlaczego śmierć wybrała ją na swoją kochankę, zamiast porzucić po jednym pocałunku? Czy wiedziała, co to znaczy, być kochaną przez śmierć? Co sprawia, że jesteś taka wyjątkowa?
Chciała tego, nie, potrzebowała tego, lekko rozchylone wargi zadrżały – jakże łatwo było pomylić jej pożądanie ze strachem – pragnienie tak silne, że opór wydawał się nadwyrężać ją fizycznie, zbladła bowiem, milcząca, milczała zbyf długo, nie, ona nie chciała dotknąć jej umysłu, ona musiała go dotknąć...
Przekrzywiła delikatnie głowę, słysząc pytanie kobiety: przypatrywała jej się przez chwilę z nowym zainteresowaniem, po czym – jak gdyby nigdy nic – odwróciła się do niej bokiem, aby móc przesunąć stół z kolejnym ciałem, które miała przygotować do ceremonii pogrzebowej, powracając do spokojnego krzątania się po ciasnej przestrzeni kostnicy. Myślała o Anthonym. O tym, jak kontrolowała się w jego obecności w trakcie lekcji zauroczenia. Kontrola. Chwytała się jej tak jak tonący brzytwy, jak umierający – życia.
"Kim wy niby jesteście?"
Dobre pytanie, pomyślała Lorraine, zerkając porozumiewawczo na Victorię. Uśmiechnęła się blado, jakby chciała dać jej do zrozumienia, że wszystko już w porządku, a jej chwila słabości była tylko chwilą.
– Kimś, kto miał sprawić, abyś ładnie prezentowała się w trumnie – odpowiedziała miękko kobiecie, ściągając lekko zawilgotniałe od potu rękawiczki ze swych szczupłych, wypielęgnowanych dłoni, kiedy już przygotowała na nowo stanowisko pracy. Dobrze znane, rutynowe ruchy, skutecznie maskujące poddenerwowanie. – Lorraine Malfoy – przedstawiła się, niemalże mimochodem, przybrawszy ton balansujący gdzieś między dystansem a poufałością – nabyta przez lata bytności na Nokturnie maniera, którą równie dobrze mogła przejąć od swojego ojca. Co prawda, kobieta właśnie wyznała im, że trzy razy umierała, i trzy razy wracała do życia, ale Lorraine... Lorraine nie była aurorem z sali przesłuchań ani funkcjonariuszką Ministerstwa Magii, Lorraine była Lorraine.
– Kim ty jesteś, i dlaczego ty żyjesz, a oni nie? – skinęła brodą w stronę kolejnego trupa, którego twarz odsłoniła przed zmartwychwstałą. – Ładnie to tak zabierać ludziom pracę? – Choć uśmiech zniknął z jej twarzy ledwie podała nieznajomej swoje imię, łagodność w głosie Lorraine sugerowała, że musi to być żart.
charyzma III
Lorraine milczała, dając nieznajomej przestrzeń na podzielenie się swoją historią.
Wiedziała, że powinna się skupić na teorii Victorii – na tym, co mówiła o Limbo –poddać uważnej analizie wszystkie słowa, jakie padły między nimi: umysł Lorraine pracował na najwyższych obrotach, próbując połączyć ze sobą poszczególne wątki tej opowieści, bo w końcu w tym właśnie była dobra – w analizowaniu faktów i znajdowaniu powiązań, nawet tam, gdzie ich nie było. Wiedziała, że niektórzy mogą wracać z zaświatów do krainy żywych, ominąwszy skrótem Limbo – tak przecież zrobił dziadek Ambrosii, po tym jak z cukiernika został zmuszony przebranżowić się na właściciela zamtuza – czy McKinnon nie jest przypadkiem nazwiskiem szkockiego pochodzenia, rozważała dłuższą chwilę, słysząc silny akcent kobiety: logicznym wydało jej się bowiem powiązanie kojarzonej z odmętów półświatka twarzy zmartwychwstałej z rodziną powszechnie znaną w tymże środowisku z tego, że... no... Zmartwychwstają. Nieumarłe kurtyzany McKinnonów nie przestawały kupczyć swymi wdziękami nawet po śmierci. Dziwnie zobojętniałe wobec wyroków losu, sprawiały wrażenie, jakby wszystko było im jedno, co Lorraine, która czasem wykorzystywała je w roli informatorek, wydawało się po prostu... Smutne. Nie mogły tak naprawdę umrzeć, więc nie mogły też tak naprawdę żyć. Czy ta kobieta mogła być jedną z nich?
Lorraine nie znała skomplikowanych koligacji rodzinnych McKinnonów, nie mogła przecież przestudiować ich drzewa genealogicznego w skorowidzu czystości krwi, czy jednak musiała znać z imienia i nazwiska każdą pracownicę Kościanego? Nie bywała tam na tyle często, by móc rozpoznawać wszystkie po twarzach, czy też po ich... Lorraine ufiksowała spojrzenie na twarzy nieznajomej, kiedy ta z dziwnym ociąganiem okrywała się prześcieradłem, nie chcąc pozwalić sobie na to, aby w takiej chwili zaślepiły ją uprzedzenia. A może to obecność Victorii spowodowała tę anomalię? Choć Victoria Lestrange była niezaprzeczalnie żywa, Limbo odcisnęło na niej swoje piętno, czyniąc ją podobną leżącym obok trupom. Limbo odbierało jej skórze ciepło – kto wie, co jeszcze – zwracając je w zamian kobiecie, która jeszcze przed chwilą była, cóż, niezaprzeczalnie martwa. Czy to może wpływ samego Necronomiconu, który przed laty stanowił ulubioną kryjówkę nekromanty, Alhazreda Malika, sycącego mury zakazaną magią?
Wiedziała, że powinna myśleć teraz o wszystkich tych rzeczach, wiedziała, tak, wiedziała o tym, ale... Nie myślała. Świat nie istniał, istniała tylko jedna rzecz, jedna myśl, rozbijająca się echem we wnętrzu jej czaszki niby kościelny dzwon. Potrzeba. Potrzeba obezwładniająca, potrzeba obsesyjna, bo Lorraine Malfoy miała obsesję – obsesję, której przeciwstawienie się wymagało wszystkich dostępnych jej pokładów samokontroli – obsesję zakazaną, zrozumiałą bodaj tylko dla tych, którzy ją kochali, a i to nie zawsze.
Legilimencja. Och, gdyby tylko mogła użyć legilimencji.
Lorraine utkwiła wzrok w kobiecie siedzącej przed nią na stole. "Ostatnie trzy razy budziłam się w lesie", mówiła, a Lorraine coraz bardziej kręciło się w głowie, "czuły, że za moment pojawię się tam znowu...", a Lorraine czuła, że pocą jej się dłonie, kiedy nerwowo obracała różdżkę między palcami, "czuwały nad tym, co ze mnie zostało, żeby się tak pastwić..."
Chciała dotknąć jej umysłu. Zajrzeć do jego wnętrza, rozłożyć na czynniki pierwsze to, co tam znajdzie, wyrwać z okowów pamięci tajemnicę życia wiecznego. Co sprawia, że jesteś wyjątkowa, wydawały się pytać oczy Lorraine, błyszczące niezdrowo w ciemności zakładu, oczy legilimentki. Czy nieznajoma wiedziała, dlaczego śmierć wybrała ją na swoją kochankę, zamiast porzucić po jednym pocałunku? Czy wiedziała, co to znaczy, być kochaną przez śmierć? Co sprawia, że jesteś taka wyjątkowa?
Chciała tego, nie, potrzebowała tego, lekko rozchylone wargi zadrżały – jakże łatwo było pomylić jej pożądanie ze strachem – pragnienie tak silne, że opór wydawał się nadwyrężać ją fizycznie, zbladła bowiem, milcząca, milczała zbyf długo, nie, ona nie chciała dotknąć jej umysłu, ona musiała go dotknąć...
Przekrzywiła delikatnie głowę, słysząc pytanie kobiety: przypatrywała jej się przez chwilę z nowym zainteresowaniem, po czym – jak gdyby nigdy nic – odwróciła się do niej bokiem, aby móc przesunąć stół z kolejnym ciałem, które miała przygotować do ceremonii pogrzebowej, powracając do spokojnego krzątania się po ciasnej przestrzeni kostnicy. Myślała o Anthonym. O tym, jak kontrolowała się w jego obecności w trakcie lekcji zauroczenia. Kontrola. Chwytała się jej tak jak tonący brzytwy, jak umierający – życia.
"Kim wy niby jesteście?"
Dobre pytanie, pomyślała Lorraine, zerkając porozumiewawczo na Victorię. Uśmiechnęła się blado, jakby chciała dać jej do zrozumienia, że wszystko już w porządku, a jej chwila słabości była tylko chwilą.
– Kimś, kto miał sprawić, abyś ładnie prezentowała się w trumnie – odpowiedziała miękko kobiecie, ściągając lekko zawilgotniałe od potu rękawiczki ze swych szczupłych, wypielęgnowanych dłoni, kiedy już przygotowała na nowo stanowisko pracy. Dobrze znane, rutynowe ruchy, skutecznie maskujące poddenerwowanie. – Lorraine Malfoy – przedstawiła się, niemalże mimochodem, przybrawszy ton balansujący gdzieś między dystansem a poufałością – nabyta przez lata bytności na Nokturnie maniera, którą równie dobrze mogła przejąć od swojego ojca. Co prawda, kobieta właśnie wyznała im, że trzy razy umierała, i trzy razy wracała do życia, ale Lorraine... Lorraine nie była aurorem z sali przesłuchań ani funkcjonariuszką Ministerstwa Magii, Lorraine była Lorraine.
– Kim ty jesteś, i dlaczego ty żyjesz, a oni nie? – skinęła brodą w stronę kolejnego trupa, którego twarz odsłoniła przed zmartwychwstałą. – Ładnie to tak zabierać ludziom pracę? – Choć uśmiech zniknął z jej twarzy ledwie podała nieznajomej swoje imię, łagodność w głosie Lorraine sugerowała, że musi to być żart.
charyzma III
Rzut Z 1d100 - 51
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 78
Sukces!
Sukces!