04.12.2024, 13:49 ✶
Po prawdzie istniała spora szansa, że nawet gdyby Irytek fruwał nad jej głową, to Mackenzie by go przegapiła. O ile podczas meczów doskonale radziła sobie z wypatrywaniem kafla, ruchów tłuczków, a nawet zdarzało się jej dostrzec znicza, o tyle jej spostrzegawczość na ziemi spadała dramatycznie, zupełnie jakby brak miotły dawał jakąś "karę" do wszystkich umiejętności.
– Trzymasz różdżkę – wytknęła, kiedy stwierdził, że to nie on. Pewnie powinna natychmiast sięgnąć po swoją, ale Mackenzie jakoś zawsze najpierw brała się do bicia, dopiero potem przypominała sobie, że właściwie to mogłaby użyć zaklęcia… tyle że najlepsza zawsze była w tych transmutacyjnych.
Poza tym był trzecioklasistą. Chyba jakoś odruchowo trochę go z tego powodu lekceważyła.
– Kto cię do tego namówił? Wasz kapitan? – spytała, marszcząc jasne brwi na wspomnienie zderzenia z kapitanem Krukonów. Był cięższy od niej, ale on z miotły spadł, a ona się na niej utrzymała, a że zderzenie było trochę, no dobrze, trochę bardzo celowe, bo zaleciała mu drogę, by nie mógł dotrzeć do piłki przed zawodnikiem Gryffindoru, podejrzewała, że mógł chować do niej urazę. Zresztą liczba uraz, jakie żywili wobec niej członkowie innych drużyn, piętrzyła się pod niebiosa. Ba, jej własna drużyna czasem ją przeklinała po treningach, ale oni wybaczali Mackenzie bardzo łatwo, gdy tylko zdobyła parę goli albo przeszkodziła w ich zdobyciu przeciwnikom.
A potem zamrugała z pewnym zdumieniem, gdy naramiennik uniósł się sam z ziemi i walnął w rękę Jessiego.
– To nie ja – odparła odruchowo, tak samo jak on ledwo chwilę temu. – Nie mam różdżki – dodała, rozkładając ręce, jakby na potwierdzenie swoich słów. – I nie atakuję dzieciaków.
Bo dla siedemnastolatki czternastoletni Kelly jawił się w gruncie rzeczy właśnie jako dzieciak. Chociaż rzecz jasna to „nie atakowanie” dotyczyło tylko sytuacji poza boiskiem. I oczywiście dopóki ktoś bardzo, bardzo Mackenzie nie wkurzył, bo wtedy zdarzało się jej stracić nad sobą kontrolę i zapomnieć, że jednak głupio dać dzieciakowi w twarz.
– Trzymasz różdżkę – wytknęła, kiedy stwierdził, że to nie on. Pewnie powinna natychmiast sięgnąć po swoją, ale Mackenzie jakoś zawsze najpierw brała się do bicia, dopiero potem przypominała sobie, że właściwie to mogłaby użyć zaklęcia… tyle że najlepsza zawsze była w tych transmutacyjnych.
Poza tym był trzecioklasistą. Chyba jakoś odruchowo trochę go z tego powodu lekceważyła.
– Kto cię do tego namówił? Wasz kapitan? – spytała, marszcząc jasne brwi na wspomnienie zderzenia z kapitanem Krukonów. Był cięższy od niej, ale on z miotły spadł, a ona się na niej utrzymała, a że zderzenie było trochę, no dobrze, trochę bardzo celowe, bo zaleciała mu drogę, by nie mógł dotrzeć do piłki przed zawodnikiem Gryffindoru, podejrzewała, że mógł chować do niej urazę. Zresztą liczba uraz, jakie żywili wobec niej członkowie innych drużyn, piętrzyła się pod niebiosa. Ba, jej własna drużyna czasem ją przeklinała po treningach, ale oni wybaczali Mackenzie bardzo łatwo, gdy tylko zdobyła parę goli albo przeszkodziła w ich zdobyciu przeciwnikom.
A potem zamrugała z pewnym zdumieniem, gdy naramiennik uniósł się sam z ziemi i walnął w rękę Jessiego.
– To nie ja – odparła odruchowo, tak samo jak on ledwo chwilę temu. – Nie mam różdżki – dodała, rozkładając ręce, jakby na potwierdzenie swoich słów. – I nie atakuję dzieciaków.
Bo dla siedemnastolatki czternastoletni Kelly jawił się w gruncie rzeczy właśnie jako dzieciak. Chociaż rzecz jasna to „nie atakowanie” dotyczyło tylko sytuacji poza boiskiem. I oczywiście dopóki ktoś bardzo, bardzo Mackenzie nie wkurzył, bo wtedy zdarzało się jej stracić nad sobą kontrolę i zapomnieć, że jednak głupio dać dzieciakowi w twarz.