04.12.2024, 13:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2024, 12:49 przez Mackenzie Greengrass.)
– Czasem wymagają podlania – powiedziała, z kamienną twarzą.
Mackenzie nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni w życiu pomyślała, że naprawdę nie rozumie innych ludzi. Czekaj? Na co miała czekać? Na tę Brygadę, którą chciał wzywać? Przecież stała w miejscu, nigdzie się nie ruszała i nawet nie gadała jak najęta - Mackenzie właściwy nigdy nie gadała jak najęta - zupełnie więc nie pojmowała, o co mu chodziło.
– Jak zachowują się włamywacze? – spytała, do pewnego stopnia ciekawa, bo może i zdarzało się jej spotkać osoby… różne, zwłaszcza w czasach, gdy nie miała pieniędzy absolutnie na nic, to jednak nie miała wielkiego doświadczenia z włamywaczami i ich standardowymi albo niestandardowymi zachowania. - I dlaczego miałabym nie wchodzić przez balkon?
Jej zdaniem była to perfekcyjnie normalna metoda dostawania się do mieszkania, pozwalająca oszczędzić sobie niewygodnego lądowania w zaułku i potem wbiegania po schodach. Problemem było niestety tylko to, że nie mogła często zostawiać otwartego balkonu, bo to mogłoby ułatwić dostanie się tą drogą innym.
– Hm.
Podparła się jedną rękę o barierkę – ten mały jej fragment, na którym nie wisiała żadna doniczka – drugą wciąż ściskając miotłę. Mackenzie spoglądała na Theo z pewnym zamyśleniem, jakby przetwarzając wszystko, co powiedział. Pani Houghton, tak? Wspominał wcześniej, że problemem jest, że nie wygląda jak ona… Czy to mogło pomóc załatwić tę dziwaczną sprawę?
Greengrass westchnęła, potrząsnęła lekko głową, a ciemne włosy zamieniły się w siwe, twarz poznaczyła sieć zmarszczek, nos powiększył się, i przed Theo stała jego dawna sąsiadka. Mackenzie nie odwzorowała jej identycznie: widziała panią Houghton tylko parę razy, w dodatku kilka tygodni temu, i wcale nie przypatrywała się kobiecie nadzwyczajnie uważnie. Ale Theo przecież też od dawna nie mógł jej widzieć, poza tym dzieliło ich te półtora metra odległości między oknem i balkonem, niedoskonała kopia była więc w takiej sytuacji właściwie pozbawiona braków możliwych do dostrzeżenia. Raczej małe szanse, aby mógł zorientować się, że ta kopia jednak jest daleka od ideału.
– Lepiej? - spytała Mackenzie, przechylając się lekko przez barierkę, by spojrzeć na chłopaka oczyma pani Hougton.
Mackenzie nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni w życiu pomyślała, że naprawdę nie rozumie innych ludzi. Czekaj? Na co miała czekać? Na tę Brygadę, którą chciał wzywać? Przecież stała w miejscu, nigdzie się nie ruszała i nawet nie gadała jak najęta - Mackenzie właściwy nigdy nie gadała jak najęta - zupełnie więc nie pojmowała, o co mu chodziło.
– Jak zachowują się włamywacze? – spytała, do pewnego stopnia ciekawa, bo może i zdarzało się jej spotkać osoby… różne, zwłaszcza w czasach, gdy nie miała pieniędzy absolutnie na nic, to jednak nie miała wielkiego doświadczenia z włamywaczami i ich standardowymi albo niestandardowymi zachowania. - I dlaczego miałabym nie wchodzić przez balkon?
Jej zdaniem była to perfekcyjnie normalna metoda dostawania się do mieszkania, pozwalająca oszczędzić sobie niewygodnego lądowania w zaułku i potem wbiegania po schodach. Problemem było niestety tylko to, że nie mogła często zostawiać otwartego balkonu, bo to mogłoby ułatwić dostanie się tą drogą innym.
– Hm.
Podparła się jedną rękę o barierkę – ten mały jej fragment, na którym nie wisiała żadna doniczka – drugą wciąż ściskając miotłę. Mackenzie spoglądała na Theo z pewnym zamyśleniem, jakby przetwarzając wszystko, co powiedział. Pani Houghton, tak? Wspominał wcześniej, że problemem jest, że nie wygląda jak ona… Czy to mogło pomóc załatwić tę dziwaczną sprawę?
Greengrass westchnęła, potrząsnęła lekko głową, a ciemne włosy zamieniły się w siwe, twarz poznaczyła sieć zmarszczek, nos powiększył się, i przed Theo stała jego dawna sąsiadka. Mackenzie nie odwzorowała jej identycznie: widziała panią Houghton tylko parę razy, w dodatku kilka tygodni temu, i wcale nie przypatrywała się kobiecie nadzwyczajnie uważnie. Ale Theo przecież też od dawna nie mógł jej widzieć, poza tym dzieliło ich te półtora metra odległości między oknem i balkonem, niedoskonała kopia była więc w takiej sytuacji właściwie pozbawiona braków możliwych do dostrzeżenia. Raczej małe szanse, aby mógł zorientować się, że ta kopia jednak jest daleka od ideału.
– Lepiej? - spytała Mackenzie, przechylając się lekko przez barierkę, by spojrzeć na chłopaka oczyma pani Hougton.