Oddzielenie własnych emocji od tragedii sprawiało, że stawałeś się odłączony. Jak fonograf, który chce bardzo rejestrować rzeczywistość, ale nikt mu nie dał ku temu sposobności. Laurent nie chciał niczego rejestrować. Mógłby chyba o tym opowiadać bez mrugnięcia okiem, nawet z uśmiechem. Stworzona została tama, która filtrowała treści i tylko pojedyncze strumyki przechodziły przez zwarte drewno. One też zostaną zaraz załatane. Przechodząc brzegiem rzeki tam, gdzie zbierało się najwięcej wody widoczne było - jest mulista, ale tkwi tam życie. Tkwi tam bardzo wiele skarbów, na które spogląda się niechętnym okiem - trzeba je wyciągać spomiędzy odpadków, mułu i glonów. Nie wiesz, czy twoja dłoń nie trafi na kwas, który poparzy skórę. Czy nie ma tam chemikaliów, które zabijają życie. Chyba nie ma? Skoro powiedzieliśmy już sobie, że życie tam nadal trwa...
W gości nie wypada przychodzić bez prezentów, ale są tacy goście, którzy zawsze są mile widziani. Wbił sobie do głowy, że dla Victorii jest taką osobą - mile widzianą bez względy na dzień, godzinę czy okazję. Mimo to zabrał butelkę wina ze swojej małej kolekcji. Zanotować w głowie - kupić następną. Albo może i z pięć. Miał ten zwyczaj, że lubił kompletować alkohole, za którymi przepadali jego znajomi, bo sam przecież niewiele pijał. Tendencja była bardzo sinusoidalna. Albo wcale, albo odrobinkę za dużo... Z takim winem w dłoniach buchnęły zielone płomienie i zaraz pojawił się na Pokątnej. W domu pełnym ciepła - przynajmniej to ciepło i blask były odczuwalne dla niego. Spojrzał na swoją białą koszulę i ciemniejsze spodnie, żeby się upewnić, że są czyste, że żadna drobina szarości nie opadła na jego sylwetkę, nim wyszedł w stronę Victorii.
- Dzień dobry, moja miła. - Nigdy nie zwróciłby się tak do niej publicznie - nie wypadało. Miłował ją jednak całym sercem - była dla niego jedną z najdroższych osób. Chyba tylko Florence pod tym kątem mogła z nią rywalizować i jego siostra, ale Pandora... Pandora była bardzo nieobecną osobą. Odległą. Mijał czas, a jej nie było. Pojawiła się raz czy dwa, wpadła szturmem i znowu znikała, tak jakby nigdy nic. - Ponieważ czeka nas chwila pogawędki nie omieszkałem pozwolić sobie na sprowadzenie małego podarunku ze sobą. - Zaprezentował butelkę wina na swoim przedramieniu. Idealny podkład - biel dla ciemnej butelki z fantazyjną naklejką, na której poruszały się listowie grona. Rzeczywiście - nic mu nie było. Delikatnie się uśmiechał, żadnych wielkich zadrapań, żadnego kuśtykania ani oznak, że przeżył jakąkolwiek tragedię. Dzień jak co dzień. Z drugiejs trony Victoria nie wyglądała, jakby przeżyła wielką przygodę - a jej wycieczka w przygody akurat obfitowała.