Księżyc i Słońce różnili się od siebie wszystkim. Swoim blaskiem, swoją urodą, swoim otoczeniem. Miriady piękna mogło ich otulać swoimi zaletami i wabić przymiotami, ale czy to gwiazdy, czy białe jak śnieg chmury przypominające o niebiańskich doznaniach, koniec końców były przecież najpiękniejsze na niebie. Szukaj gdziekolwiek zechcesz - nie znajdziesz wspanialszych doznań, niż w momencie obcowania z ich pełną światłością. I gdzieś się łączyli. Połączenie zaś sprawiało, że egzotyka odmienności przyciągała i ciekawiła. Nie byli od siebie tak odmienni, by nie znaleźć ogrodu, w którym mogli przysiąść i? Co dalej? Plącząca się opowieść o dwójce skrzywdzonych ludzi, nawet jeśli jeden zapraszał do życia zbyt wiele, a druga - zbyt mało. Gdzie zdrowy środek? Uczył się od drugiej strony - bo podziwiając wyciągasz własne wnioski. Próbujesz wrócić do tego, co było, zanim zaproszenie do życia stało za otwartymi drzwiami, a nie za tajemnicą zasłoniętą za welurowymi firankami w salonie.
Z kolei Laurent bez biżuterii się nie pokazywał, nosił ją nawet w domu. Jedną z pierwszym rzeczy było odwiedzenie garderoby, w której dobierał ubrania i wszystkie dodatki do niego. Nie za dużo, ale broń Matko - nie za mało. Laurent dobrze wiedział, że musi dobierać rzeczy subtelne, by czasem ciężar kamieni szlachetnych czy nawet samych łańcuszków nie przyćmił jego eterycznej urody. Co innego Victoria. Jej dobrałby kolię z pereł, by odbijały się w ich gładkiej powierzchni kaskady ciemnych włosów - jak fontanna opadająca na krystaliczną posadzkę. Zatopienie się tej czerni nie wiązano z żadnym pluskiem. Cisza - bo też z tym kojarzyła się Victoria. Spokój. Żadne wielkie, pufiaste kreacje podszyte halkami - im mniej, tym lepiej. Lecz i nie za mało, oj nie... pokażmy światu wyważoną ilość, by mógł dopowiadać sobie resztę. I pragnąć każdego kawalątka skóry Victorii Lestrange.
- Oooch! - Zachwyciła go, w końcu uwielbiał prezenty, podarunki, sam zawsze wysyłał każdemu bliskiemu z każdej wycieczki i bardzo się starał, by każdy taki był wyjątkowy. Dopasowany do osoby. Nie musiał być trwały - nie o trwałość chodziło. A jeśli nie miał pomysłu, albo nic konkretnego nie widział akurat, to wybierał zazwyczaj herbatę czy alkohol. Klasnął cicho w dłonie i wyciągnął je zaraz po swój prezencik, z ciekawością spoglądając na papier. - Dziękuję ci, Victorio. - Dopiero po chwili oględzin rozpakował zawartość. Piękne opakowanie skrywało równie piękną zawartość - chociaż całkiem odważną. Nie był pewien, czy by się zdecydował kupić komuś perfumy, chyba że dokładnie znałby bazy używane przez kogoś. Z drugiej strony Victoria całkiem dobrze wiedziała, jakich on sam używa... - Ależ piękne... - Och tak, bo sam flakonik sprawił, że zabłysnęły mu oczy. Błyskotka - ot co. Będzie się pięknie prezentowała na półce.
- Byłem bardzo grzeczny i nikt mnie nie tknął nawet paluszkiem. - Dopowiedział jednak, zanim wyobraźnia Victorii powędruje gdzieś dalej. - Prawdę mówiąc... zdecydowałem się na to bardzo spontanicznie. Nie chciałem jechać, ale stwierdziłem, że dobrze mi to zrobi. Philip... Philip chyba był zdesperowany. - Przesunął palcem po koreczku i rozchylił go, żeby powąchać i z lekkim zaskoczeniem odkrył ten egzotyczny zapach. Nie stało to nawet w pobliżu perfum, jakich używał, ale poczuł się zaintrygowany. Nawet bardzo. - Och nie, nie martw się. Trzymam się w relacjach podjętych ustaleń. Tak jest zdrowiej. Inaczej dzieją się... cóż. - Z drugiej strony miał dość trzymania się relacji, które wyglądały jak jego praca - dopasowane od a do z, żeby wszystko działało jak w zegarku. Chciał strzaskać tę maszynę, która wyznaczała te zasady i reguły. Jeśli jednak już jakieś zrobił - trzymał się ich. A na pewno, kiedy zrywał znajomość. - Chodźmy na herbatę. Liczę na to, że przywiozłaś jakąś dobrą z miejsca wizyty. - Mimo tego, że to nie była wcale wycieczka. Otulił ją ramieniem i skierowali się na dół. Przy okazji Laurent rozglądał się za kociakami - szczególnie tym, dla którego ustawiono pudełka, które skomplementował jako bardzo dobry pomysł.