- Cóż, małe jest urocze, ale wielkie jest przydatne... - Coś za coś, nieprawda? Nie, żeby jakoś specjalnie narzekała, jasne, nie mogła robić wielu rzeczy, ale nauczyła się radzić z tym swoim skrzacim wzrostem. Zresztą dzięki niemu też potrafiła wleźć w miejsca, w które mało kto potrafił. Dobrze było mieć przy sobie takich wielkoludów, jak Thomas, Erik i Ambroise, chociaż wyglądali oni trochę bardziej jak jej ojcowie, ale, miało to swoje zalety. Nigdy nie ignorowali jej potrzeb, co było całkiem miłe. Niektórzy zapominali, że to mogło mocno ograniczać, a w ich przypadku nie musiała wcale przypominać o tym, że posiada pewne mankamenty, które nie pozwalają jej zawsze być w pełni dorosłym człowiekiem... Sięganie do najwyższych półek było jedną z tych czynności.
- Cieszę się, że wierzysz w moje umiejętności, ale póki co jeszcze nie są, aż tak bardzo rozwinięte. - Jasne, posiadała ogromną wiedzę jeśli chodzi o rośliny, ale nie umiała ich namówić do posłuszeństwa - jeszcze. Wierzyła, że kiedyś może będzie w stanie coś z tym zrobić, niebo było limitem, czy coś.
- Zakład to zakład, nie ma odpuszczania... - Podchodziła do takich rzeczy bardzo poważnie, o czym właśnie zamierzała mu przypomnieć. Zresztą nie wyglądał jakoś na szczególnie poszkodowanego. Tylko się przewrócił o jakieś korzenie - to zdarzało się najlepszym.
- Nie maż się. - Dodała jeszcze rozbawionym tonem głosu. Był przecież taki duży, nie powinien aż tak przeżywać takiego drobnego upadku.
- Pizza nie jest złym pomysłem... - Wiedziała, że próbuje uniknąć konsekwencji związanych z przegraniem ich drobnego zakładu, ale trudno. Była w stanie przymknąć na to oko, zważając na to, że pizza mogła jej wynagrodzić wszystko.
Kiedy zaczęła się rozgladać udało jej się dostrzec to, czego szukała. To był chyba jej szczęśliwy dzień. - O, tam jest, dziwne... - Tak, dziwne było to, że jej tak łatwo wszystko dzisiaj przychodziło.
Ruszyła w kierunku odnalezionej plantacji, spojrzała jeszcze za siebie, żeby zobaczyć, czy brat za nią podąża. Już za chwilę będą mogli zebrać zbiory.