06.12.2024, 08:32 ✶
Kiedy ktoś na kim ci zależy mdleje i upada na ziemię, nie jesteś szczęśliwy, to chyba oczywiste? Ale z takimi sytuacjami wiązało się coś jeszcze: panika, strach. Tylko Crow już strachu w takich sytuacjach nie czuł. Ruch złapania go i asekurowania głowy wykonał bardzo szybko i mechanicznie, kierowany instynktem i pamięcią mięśniową. Wyuczony od razu sprawdzał kolejne oczywistości - to czy Laurent oddychał, czy kontaktował z rzeczywistością. Zadanie nie było trudne - w końcu chłopak odezwał się do niego sam, a on mógł z troską odgarnąć mu włosy z twarzy i otworzyć okno machnięciem otwartej dłoni.
- Widzę...
Trochę było też niestety delikatnym ujęciem tego w jakim stanie musiał się znajdować.
Crow jako pierwszy wyszedł z wanny, odrobinę nierozważnie zanurzając się w tej swojej ciszy, bo powinien przecież do niego mówić. W zamian za milczenie - otulił go gestami. To on go teraz wymył, pomógł mu wstać i upewnił się, że nie wyląduje na podłodze. Z delikatnością i wyczuciem, ale jedynie takim na jakie pozwoliła mu jego męska natura.
- Często ci się to zdarza? - Odpowiedź wydawała mu się oczywista, bo to przecież nie pierwszy raz, kiedy Laurent siedział na brzegu wanny, a on wycierał go ręcznikiem. Jeżeli to naprawdę działo się ciągle, to jakie zastosowanie miał ten pierścionek? To przecież była jedna, jedyna podstawa jego działania - przytomność. Nie trzeba było krzyczeć na głos, wystarczyło krzyknąć w duszy, dać się ponieść przerażeniu lub smutkowi. Niestety było to niemożliwe w chwili, kiedy traciło się zmysły.
To musiało być strasznie przewidywalne. Fakt, że ktoś taki jak on - czujący wieczną potrzebę pomagania innym i bycia przydatnym, tak mocno zakochał się w dwójce ludzi silnie potrzebujących opieki. Cainowi zdecydowanie pogorszyło się przez ostatnie lata, a Laurent... cóż, na pocieszenie - jeżeli naprawdę chciał poznać Crowa, to pokażę ci wieczorem co naprawdę lubię a następnie pójście spać i głośne chrapanie do samego rana wcale nie było dalekie jego naturze.
Ściągnął z wieszaka jego szlafrok i pomógł mu się ubrać, a później pozbierał z podłogi swoje ubrania. Nie założył na siebie nic oprócz bielizny (bo to było absolutnie niemożliwe żeby mógł ubrać teraz własne spodnie) i tak właśnie zaprowadził go na kanapę w salonie.
- Jesteś na coś uczulony? Albo czegoś zwyczajnie nie lubisz? - Upewnienie się w tym sugerowało, że zamierzał kupić im coś sam, ale dla pewności kucnął naprzeciwko niego i uśmiechnął się lekko. - Wezmę nam na wynos, ale jak będzie ci smakować, to zabiorę cię tam kiedyś na randkę. - Omal nie chrumknął mówiąc to, ale sądząc po wyrazie jego twarzy wiązało się to raczej z radością, a nie podejrzeniem, że spotkanie w tym miejscu miało okazać się katastrofą.
- Widzę...
Trochę było też niestety delikatnym ujęciem tego w jakim stanie musiał się znajdować.
Crow jako pierwszy wyszedł z wanny, odrobinę nierozważnie zanurzając się w tej swojej ciszy, bo powinien przecież do niego mówić. W zamian za milczenie - otulił go gestami. To on go teraz wymył, pomógł mu wstać i upewnił się, że nie wyląduje na podłodze. Z delikatnością i wyczuciem, ale jedynie takim na jakie pozwoliła mu jego męska natura.
- Często ci się to zdarza? - Odpowiedź wydawała mu się oczywista, bo to przecież nie pierwszy raz, kiedy Laurent siedział na brzegu wanny, a on wycierał go ręcznikiem. Jeżeli to naprawdę działo się ciągle, to jakie zastosowanie miał ten pierścionek? To przecież była jedna, jedyna podstawa jego działania - przytomność. Nie trzeba było krzyczeć na głos, wystarczyło krzyknąć w duszy, dać się ponieść przerażeniu lub smutkowi. Niestety było to niemożliwe w chwili, kiedy traciło się zmysły.
To musiało być strasznie przewidywalne. Fakt, że ktoś taki jak on - czujący wieczną potrzebę pomagania innym i bycia przydatnym, tak mocno zakochał się w dwójce ludzi silnie potrzebujących opieki. Cainowi zdecydowanie pogorszyło się przez ostatnie lata, a Laurent... cóż, na pocieszenie - jeżeli naprawdę chciał poznać Crowa, to pokażę ci wieczorem co naprawdę lubię a następnie pójście spać i głośne chrapanie do samego rana wcale nie było dalekie jego naturze.
Ściągnął z wieszaka jego szlafrok i pomógł mu się ubrać, a później pozbierał z podłogi swoje ubrania. Nie założył na siebie nic oprócz bielizny (bo to było absolutnie niemożliwe żeby mógł ubrać teraz własne spodnie) i tak właśnie zaprowadził go na kanapę w salonie.
- Jesteś na coś uczulony? Albo czegoś zwyczajnie nie lubisz? - Upewnienie się w tym sugerowało, że zamierzał kupić im coś sam, ale dla pewności kucnął naprzeciwko niego i uśmiechnął się lekko. - Wezmę nam na wynos, ale jak będzie ci smakować, to zabiorę cię tam kiedyś na randkę. - Omal nie chrumknął mówiąc to, ale sądząc po wyrazie jego twarzy wiązało się to raczej z radością, a nie podejrzeniem, że spotkanie w tym miejscu miało okazać się katastrofą.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.