06.12.2024, 10:31 ✶
– Zaczniemy od jednego – zdecydowała, przyjmując przygotowany zawczasu trunek. Była to niemal zbrodnia, potraktować w ten sposób doskonałą whisky, ale pierwszy kieliszek Charlotte wypiła na jeden łyk, bez żadnego delektowania się, uznając, że po tych wszystkich wstępach to może faktycznie potrzebować lekkiego szumu w głowie.
A potem zwróciła spojrzenie na Selwyna, gdy usiadł obok, przypatrując się mu najpierw z uwagą, później zaś… tak… z pewną konsternacją.
Jej umysł uległ pewnemu zawieszeniu.
Nie chodziło o to, że miał kochanka. Miał ich przecież wielu, ba, sama parę lat po śmierci Neda też spotykała się z tym czy z owym, bo była w końcu piękna i młoda. Wprawdzie zakładała zawsze, że Selwyn wolał kobiety, ale po co się ograniczać? Johny nigdy tego nie lubił. Picie krwi? No, każdy miał swoje upodobania, to mogłaby jakoś znieść, ale… ale…
– A wiedziałeś, że one… no nie mogą? – zapytała z odrobiną zdumienia, po czym z trudem powstrzymała potrząśnięcie głową, gdy jej wyobraźnia zagalopowała się za daleko. No dobrze, z kreatywnością można zajść daleko, ale mimo wszystko: kochanek, który jest zimną rybą! Nie był może gorszy od goblina (omal nie wzdrygnęła się na samą myśl), mimo wszystko… I zdawało się, że ta kwestia na moment pochłonęła ją dużo bardziej niż wizja jakiegoś tam wampirzego zagrożenia.
- Jak oceniasz jego możliwości wprowadzenia gróźb w życie? - spytała Charlotte z zastanowieniem i poklepała go po dłoni, którą cofnął, jakby w obawie, że przyjaciółka spróbuje połamać mu palce.
Nie wydawała się przejęta.
Nie wydawała się przejęta, bo słysząc "was" nie pomyślała o swoich dzieciach - raczej o sobie, Anthony'm i Morpheusie. Ktoś taki jak ona nie mógłby przyjąć do wiadomości, że jakiś tam francuski hrabia jest dla niej poważnym zagrożeniem. Nie, paradoksalnie, ona, myśląca zwykle najpierw o sobie, tutaj nie pomyślała o sobie nawet przez ułamek sekundy. Jeśli szło o Tony'ego, to mogłaby westchnąć, że biedny pewnie się tym przejmie, ale nie sądziła, by znalazł się w autentycznym niebezpieczeństwie - jest posiadłość była doskonale chroniona, on sam raczej nie bywał w żadnych podejrzanych miejscach, a na pewno nie w sposób przewidywalny, możliwy do łatwego wychwycenia przez jakiegoś tam Francuza. Ale och, Morphy, to już było poważniejsze: był może najrozsądniejszym ze swojej rodziny, ale przy takich krewnych to o niczym nie świadczyło. Co jeżeli obudzą się w nim te przyćmione Krukoństwem geny Gryfońskości? Albo wiedziony sentymentem, wizją, bogowie wiedzą co jeszcze, zajdzie gdzieś, gdzie zachodzić nie powinien, i natknie się tam na złaknionego jego krwi wampira? O niego troszkę się zmartwiła, ale na razie nie jakoś poważnie - nie miała w końcu dość informacji, aby uznać, że wampirzy hrabia jest aż tak straszliwie niebezpieczny.
A potem zwróciła spojrzenie na Selwyna, gdy usiadł obok, przypatrując się mu najpierw z uwagą, później zaś… tak… z pewną konsternacją.
Jej umysł uległ pewnemu zawieszeniu.
Nie chodziło o to, że miał kochanka. Miał ich przecież wielu, ba, sama parę lat po śmierci Neda też spotykała się z tym czy z owym, bo była w końcu piękna i młoda. Wprawdzie zakładała zawsze, że Selwyn wolał kobiety, ale po co się ograniczać? Johny nigdy tego nie lubił. Picie krwi? No, każdy miał swoje upodobania, to mogłaby jakoś znieść, ale… ale…
– A wiedziałeś, że one… no nie mogą? – zapytała z odrobiną zdumienia, po czym z trudem powstrzymała potrząśnięcie głową, gdy jej wyobraźnia zagalopowała się za daleko. No dobrze, z kreatywnością można zajść daleko, ale mimo wszystko: kochanek, który jest zimną rybą! Nie był może gorszy od goblina (omal nie wzdrygnęła się na samą myśl), mimo wszystko… I zdawało się, że ta kwestia na moment pochłonęła ją dużo bardziej niż wizja jakiegoś tam wampirzego zagrożenia.
- Jak oceniasz jego możliwości wprowadzenia gróźb w życie? - spytała Charlotte z zastanowieniem i poklepała go po dłoni, którą cofnął, jakby w obawie, że przyjaciółka spróbuje połamać mu palce.
Nie wydawała się przejęta.
Nie wydawała się przejęta, bo słysząc "was" nie pomyślała o swoich dzieciach - raczej o sobie, Anthony'm i Morpheusie. Ktoś taki jak ona nie mógłby przyjąć do wiadomości, że jakiś tam francuski hrabia jest dla niej poważnym zagrożeniem. Nie, paradoksalnie, ona, myśląca zwykle najpierw o sobie, tutaj nie pomyślała o sobie nawet przez ułamek sekundy. Jeśli szło o Tony'ego, to mogłaby westchnąć, że biedny pewnie się tym przejmie, ale nie sądziła, by znalazł się w autentycznym niebezpieczeństwie - jest posiadłość była doskonale chroniona, on sam raczej nie bywał w żadnych podejrzanych miejscach, a na pewno nie w sposób przewidywalny, możliwy do łatwego wychwycenia przez jakiegoś tam Francuza. Ale och, Morphy, to już było poważniejsze: był może najrozsądniejszym ze swojej rodziny, ale przy takich krewnych to o niczym nie świadczyło. Co jeżeli obudzą się w nim te przyćmione Krukoństwem geny Gryfońskości? Albo wiedziony sentymentem, wizją, bogowie wiedzą co jeszcze, zajdzie gdzieś, gdzie zachodzić nie powinien, i natknie się tam na złaknionego jego krwi wampira? O niego troszkę się zmartwiła, ale na razie nie jakoś poważnie - nie miała w końcu dość informacji, aby uznać, że wampirzy hrabia jest aż tak straszliwie niebezpieczny.