Zabawa, eksploracja, poznawanie czegoś nowego - Laurent nigdy nie zamykał się na niepoznane. Mógł być niepewny, wahać się, ale większość tego, co zapraszała do doświadczania nowego była przez niego witana z szeroko otwartymi ramionami. Szczególnie, kiedy dotyczyło to poznawania świata zmysłami. Zapachy, dotyk, smak, słuch - może nie miał wybitnych zmysłów, ale był głodny, bardzo głodny i spragniony tego świata. Za każdym razem potrafił znaleźć coś nowego, co pasjonowało go i wciągało na nowo z całą swoją siłą. Zamknięcie się na to wydawało się dramatem. Być może było punktem, w którym już nie wychyliłby się z morza. Więc i ta perfuma była przygodą, co było widać po jego twarzy - radości, ciekawości. Już sobie wyobrażał, jak przejdzie owiany tym zapachem przez ulicę Pokątną, jak spojrzy w oczy swoim znajomym, jak zareagowałby taki Philip, Nicholas... i jak zareaguje Edge.
- Dużo nowych osób, rozmowy wszem i wobec, grali tam, tańczyli, opowiadali poezję i malowali. - Mógł tego doświadczyć wybierając się do teatru, opery czy odpowiedniego przytułka artystycznego, gdzie przyjemności łączono z jakże szlachetną potrzebą chłonięcia liryki, epiki i dramatu. Mógł - ale woda i statki były czymś, co kochał. I możliwość połączenia tego była jeszcze lepsza. - Znajomy, który mnie zaprosił, William Avery, jest bardzo zdolnym artystą. Myślałem, że może on mnie pomaluje... ale obecność Philipa trochę zepsuła mój nastrój. - Więc tam właśnie był błąd, że w ogóle się zdecydował, żeby go zaprosić. - Chciałem, żeby ze mną popłynąć, żeby się przekonać, czy to w ogóle może być jakakolwiek dalej znajomość. Przekonałem się, że nie. - Testy. Zakłady. Wewnętrzne granie w pokera - tylko w tym hazardzie w zastaw nie szły pieniądze, a emocje. Graliśmy o wyższy pułap, ale to była ta część rodziny Prewett, która przetoczyła się w jego żyły poprzez Edwarda. - Wczoraj usłyszałem, że jestem po prostu... walnięty. - Uśmiechnął się ulotnie, a był to całkiem rozbawiony uśmiech. Ujął jej dłoń - zimną jak zawsze. I poczuł zawód. Malutkie uczucie zawodu, że jednak ta wycieczka nie przyniosła fantastycznych wieści o zażegnaniu problemu. Niepokój, bo myśl o tym, że tego dotyku mogło kiedyś zabraknąć całkowicie zachwiała jego mimiką. Przestał się uśmiechać i cieszył się, że teraz spoglądał na jej plecy, piękne ramiona i włosy, których chciało się przytulać. Mogłaby nimi obmywać twarz jak nimfy obmywały stopy Afrodyty. Zmartwienie... tak, zmartwienie. Nie martw się. Nie chciał jej martwić, ale oni nie potrafili się o siebie NIE martwić. To przecież dobrze. Że się kochamy. - Chyba mi się po prostu podobają tacy niepokorni ludzie, wiesz? - I nie to, że nie podobali mu się porządni. Kayden Delacour, który wisiał w jego pamięci, był przecież niezwykłym dżentelemenem. Do czasu. Najbardziej mu jednak w głowach mieszali rzeczywiście ci, którzy powinni więcej zastanowić się nad sobą. - Nie zamierzam się na razie w żadne wątki wtapiać... zresztą mówiłem ci o tym mężczyźnie z problemami... bardzo się zrekompensował i otrząsnął ostatnio, więc mam malutką nadzieję na coś więcej. - Malutką, bo jego nadzieja była jak najmniejsza z gwiazd na niebie, której nawet nie widać podczas najciemniejszej nocy. - Nazwijmy rzeczy po imieniu - jestem głupiutki i kochliwy. - Miał mniej wyrozumiałości dla siebie niż ona miała dla niego. Za to miał wiele wyrozumiałości dla wszystkich wokół. Ucałował ją lekko w policzek, kiedy zeszli na dół. Tak w podzięce. W przypływie czułości chwili. W nadziei, że będzie mógł jej składać takie drobne pocałunki jako jej przyjaciel i nigdy się to nie zmieni. Że ona nigdy nie zniknie.
- Naprawdę? Hmmm... Byłem w Egipcie na krótki czas, ale nie pamiętam w sumie ichniejszych herbat... - A może to kwestia tego, że po prostu został przyjęty z myślą o przyzwyczajeniach Anglików i nie wałęsał się tak jak Victoria z Brenną? - Ach... nie, nic mi nie jest. Byłem przemęczony, poobijany, ale wypisali mnie ze szpitala już wczoraj. Było... było dużo ofiar. Tak. Próbowaliśmy niektórych ratować, ale to wszystko szło na dno... - Mówił to z zamyśleniem. I czuł, że to jest poruszenie tamy. Wyciągnięcie jednej gałązki. Niebezpiecznie zajęczała cała konstrukcja. - Z Philipem jest o wiele gorzej. Mam nadzieję, że nie zagrozi to jego karierze.