07.12.2024, 01:23 ✶
On ten śmiech przeżywał o wiele dłużej. Teleportował się do swojej ulubionej pierogarni i delikatny chichot Laurenta wprawiający jego wnętrzności w ruch wciąż szumiał mu w uszach jeszcze w pierdolonym Glastonbury. Crow nie lubił kiedy się z niego naśmiewano, a w szczególności momentów, w których celem ataku i drwiny stawiał się sposób, w jaki się wypowiadał, ale ten śmiech był inny - brzmiał i smakował jak zwycięstwo. Był nagrodą za kolejny wygłup i wprawił go w dobry nastrój. No bo takim przecież chciał go widzieć - czerwonego od bliskości, wesołego od wszelakich durnoctw, jakie wymyślił, bezpiecznego od samego siebie. Niestety, kiedy składał zamówienie, gdzieś w żołądku pojawiło się to duszące uczucie, że coś jest nie tak... I może było? Może nie powinien być tak uparty i mógłby tam zostać, zasugerować coś innego, zabrać go ze sobą... Co jeżeli wcale nie musieli się rozstawać? Ale przecież będą to robić cały czas - mieli kompletnie inne życia i zobowiązania. Zamyślił się nad tym tak bardzo, że wpierw nie usłyszał, co mówiła do niego dziewczyna stojąca przy ladzie.
Potrząsnął głową i spojrzał na nią jeszcze raz.
- Przepraszam, co?
- Mówiłam, że wy Brytyjczycy chyba odzwyczailiście się od noszenia koszulek...
Aaaah, wydał z siebie krótki dźwięk świadczący o zrozumieniu, ale widać było, że kompletnie jej nie słuchał. To prawda, że zapomniał założyć na siebie cokolwiek poza tymi spodniami i leniwie wsuniętymi butami, ale wcale go to nie ruszało. Zresztą - ona i tak nie chciała się do niego przyczepić, tylko próbowała zachęcić go do jakiejkolwiek rozmowy i najwyraźniej zdenerwowało ją to, że niekoniecznie był dzisiaj responsywny.
- Od noszenia koszulek i niessania kutasów...
Znów wydał z siebie głęboki dźwięk świadczący o zrozumieniu, wlepiając nieobecne spojrzenie w okoliczną ścianę. No bo co jeżeli on wstał, łaził, upadł... Czy codzienność miała tak wyglądać? Codzienne martwienie się o dwie osoby i jednoczesna akceptacja, że w przeciwieństwie do Fontaine i Alexandra, tym razem nie miał jak wypełnić absolutnie każdej przestrzeni ich życia?
- Ziemia do Crowa, juhu. Wpisałam ci to na zeszyt, bo widzę, że nie masz portfela - dziewczyna pomachała mu dłonią przed twarzą, kładąc na blacie dwa opakowania, a on przestał opierać się łokciem o ladę i nagle oprzytomniał.
- Aaaay, tak. Zamyśliłem się cholernie - przyznał, drapiąc się po głowie i sięgając ręką po to nieszczęsne zamówienie. - Dzięki, odwdzięczę ci się za to - kiedyś. I wyszedł stamtąd, ignorując spojrzenie drugiej kelnerki, kierując się do zaułka, z którego mógł się teleportować.
Laurent znajdował się w tym samym miejscu co poprzednio. Przedmioty wokół niego nie. Okej, nie mógł go przecież zmusić do siedzenia w miejscu, a i też nie zastał go szorującego tej wanny ryżową szczotką, więc nie zamierzał się do tego faktu dopierdalać. Zwyczajnie wszedł do środka, przy okazji przypominając sobie, że od jutra nie będzie to już takie proste i skierował swoje kroki nie do jadalni, tylko do tej kanapy właśnie. Dwa opakowania położył na stoliku tuż obok bukietu kwiatów. Następnie usiadł obok tej kanapy na podłodze, opierając się o nią plecami i spojrzał na niego z poziomu podłogi.
- Jest tu w mieście blisko takie miejsce, gdzie dają pierogi z krajów zza żelaznej kurtyny. Znając życie, to cię pewnie nie zaskoczę, ale ta Polka co je robi, ma takie strasznie wciągające historie o tym, jak się stamtąd wyniosła na zachód. - I ta historia najwyraźniej była ciekawsza niż to jedzenie, bo ani nie otworzył tych pudełek, ani nie zdradził mu dokładnej zawartości. A poprosił o losowość, przy czym te konkretnie dla niego chciał dostać osobno, najpewniej słusznie zakładając, że nie każdy był gotowy na łączenie skrajnie różnych smaków.
Oparł się łokciem o łóżko, dotykając nim również leżącego Laurenta.
- Nie planowałem tego, że ten dzień będzie tak intensywny - powiedział nieco spiętym głosem. - To może ten dom obejrzymy... jutro?
Potrząsnął głową i spojrzał na nią jeszcze raz.
- Przepraszam, co?
- Mówiłam, że wy Brytyjczycy chyba odzwyczailiście się od noszenia koszulek...
Aaaah, wydał z siebie krótki dźwięk świadczący o zrozumieniu, ale widać było, że kompletnie jej nie słuchał. To prawda, że zapomniał założyć na siebie cokolwiek poza tymi spodniami i leniwie wsuniętymi butami, ale wcale go to nie ruszało. Zresztą - ona i tak nie chciała się do niego przyczepić, tylko próbowała zachęcić go do jakiejkolwiek rozmowy i najwyraźniej zdenerwowało ją to, że niekoniecznie był dzisiaj responsywny.
- Od noszenia koszulek i niessania kutasów...
Znów wydał z siebie głęboki dźwięk świadczący o zrozumieniu, wlepiając nieobecne spojrzenie w okoliczną ścianę. No bo co jeżeli on wstał, łaził, upadł... Czy codzienność miała tak wyglądać? Codzienne martwienie się o dwie osoby i jednoczesna akceptacja, że w przeciwieństwie do Fontaine i Alexandra, tym razem nie miał jak wypełnić absolutnie każdej przestrzeni ich życia?
- Ziemia do Crowa, juhu. Wpisałam ci to na zeszyt, bo widzę, że nie masz portfela - dziewczyna pomachała mu dłonią przed twarzą, kładąc na blacie dwa opakowania, a on przestał opierać się łokciem o ladę i nagle oprzytomniał.
- Aaaay, tak. Zamyśliłem się cholernie - przyznał, drapiąc się po głowie i sięgając ręką po to nieszczęsne zamówienie. - Dzięki, odwdzięczę ci się za to - kiedyś. I wyszedł stamtąd, ignorując spojrzenie drugiej kelnerki, kierując się do zaułka, z którego mógł się teleportować.
Laurent znajdował się w tym samym miejscu co poprzednio. Przedmioty wokół niego nie. Okej, nie mógł go przecież zmusić do siedzenia w miejscu, a i też nie zastał go szorującego tej wanny ryżową szczotką, więc nie zamierzał się do tego faktu dopierdalać. Zwyczajnie wszedł do środka, przy okazji przypominając sobie, że od jutra nie będzie to już takie proste i skierował swoje kroki nie do jadalni, tylko do tej kanapy właśnie. Dwa opakowania położył na stoliku tuż obok bukietu kwiatów. Następnie usiadł obok tej kanapy na podłodze, opierając się o nią plecami i spojrzał na niego z poziomu podłogi.
- Jest tu w mieście blisko takie miejsce, gdzie dają pierogi z krajów zza żelaznej kurtyny. Znając życie, to cię pewnie nie zaskoczę, ale ta Polka co je robi, ma takie strasznie wciągające historie o tym, jak się stamtąd wyniosła na zachód. - I ta historia najwyraźniej była ciekawsza niż to jedzenie, bo ani nie otworzył tych pudełek, ani nie zdradził mu dokładnej zawartości. A poprosił o losowość, przy czym te konkretnie dla niego chciał dostać osobno, najpewniej słusznie zakładając, że nie każdy był gotowy na łączenie skrajnie różnych smaków.
Oparł się łokciem o łóżko, dotykając nim również leżącego Laurenta.
- Nie planowałem tego, że ten dzień będzie tak intensywny - powiedział nieco spiętym głosem. - To może ten dom obejrzymy... jutro?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.