Prychnął cicho na te zaniepokojone zapytanie, jakby rzeczywiście groźba pierogów stanowiła krok nad przepaścią, który odmieni całe jego życie. Na gorsze? Lepsze? Nieznana była droga pierożana. Zanurzył palce w jego bajeczne włosy i ten gest można było określić jako czochranie, ale nie robił tego na tyle intensywnie, żeby te włosy poplątać i zburzyć fryzurę, której zresztą nie było. Swój krótki śmiech uznał za wystarczającą odpowiedź co do przerażenia przed pierogami.
Jest tu. A wraz z nim zapach tych pierogów. Taki, że jak podejrzewał - ściskał się żołądek, który odmawiał jedzenia, a jednocześnie mózg aż stawał dęba od przyjemnego zapachu i domagał się czegoś przeciwnego. Jak łatwo można stracić zainteresowanie człowiekiem, kiedy organizm się czegoś domagał? Laurent nie chciał być większym świrem niż już był - bać się zostawać samemu w domu. Bać się tego, że ktoś już nie wróci, a przecież rozstania były konieczne i nawet nie wyobrażał sobie, żeby miało być inaczej. Mieli własne życia - poza tym wspólnym. Poza... Wizją wspólności.
Pokręciło głową, ale nie patrzył teraz na Flynna, bo patrzył na cud Matki Polki.
- Nie będę cię budził. Pośpij ile chcesz. - Teraz na niego na chwilę spojrzał, żeby posłać mu ciepły i zachęcający uśmiech. To, co Flynn lubi najbardziej - spanie. Najlepiej spanie z ciastkami? Po ciastkach? - To bardzo zajmujący plan. - W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, bo w końcu to były bardzo głębokie i wiecznie nienasycone pragnienia. - Tak. - Potwierdził bez zawahania. - Chociaż kiedy ty jesteś to to miejsce jest bardzo miłe. - O ile nie miał epizodu cięcia się w wannie a potem wbijania palców we własną ranę. Ciężki temat. Wymagający głębszego zrozumienia problemów, a nie uważał, żeby to był czas ja rozdrapywanie tego. Uśmiechnął się bajecznie na tego buziaka, łapiąc swoje sztućce. - Co za wspaniała sztuka - czarowanie bez różdżki. - Coś go tknęło. - Ty masz w ogóle różdżkę? - No bo... Może nie ma? Nigdy go nie widział z tym patykiem. Życie było ewidentnie prostsze kiedy mogło się używać magii bez niego. Niewielu ludzi to potrafiło.- Ty mi się bardzo podobasz. Najładniej ci bez ubrań. - No co? Czysta prawda! Uśmiechnął się przy tym radośnie, już czując spokój spływający błogo jego obecnością. - Podoba mi się twój styl. - Dodał jednak, bo tego dotyczyło pytanie, a tego się już nauczył - dla Flynna uznanie i akceptacja były bardzo ważne. - Skóra jest seksowna. Lubię te dzwoniące łańcuszki i twój koci krok do tego. Lubię nawet te noże przy pasku, bo mam wrażenie, że podchodzi do mnie bestia, która da się obłaskawić. - Jak to było? Że był walnięty? - Uwielbiam, jak twoje czarne włosy układają się na twojej twarzy i komponują z czernią kusych bluzek. Tę dramaturgię obcisłych ubrań i wyzwanie, okrzyk: uważajcie na mnie. - Cóż... Nie było to tak poetyckie, jaki popis dał Flynn, ale mógłby jeszcze tak długo zasypywać go epitetami. - Pytałem, ponieważ te ubrania nie są zbyt wygodne do noszenia na co dzień. A widuję cię tylko w takich. - Pokiwał gdzieś w trakcie głową na znak że akceptuje, że to się z tym łączy. I mówił z lekkimi przerwami, krojąc sobie takie małe części tych pierogów. Nie dało się nie zobaczyć pewnej nieporadnosci jedzenia, a to wynikało z całkiem prostej rzeczy - księżniczka nie nawykła do jedzenia na kolanach na kanapie. Więc podchodził do tego bardzo ostrożnie - i nawet się nad tym nie zastanawiał. Zastanawiał się nad tym, jak boska była w swoim przekleństwie istota, która siedziała obok niego.