07.12.2024, 15:30 ✶
Zaakceptował to i właściwie już teraz założył, że najpewniej nie wstanie. Bo on bez budzika zwyczajnie nie wstawał na czas. Wsłuchiwał się w jego głos, w jego uwagi i wtrącenia. Świadomość tego, że być może zapewnił sobie słyszenie takich rzeczy na dłuższy czas było wręcz surrealne. Na dłuższy czas - bo niestety coś w nim wciąż krzyczało, że dobre rzeczy miało się tylko na momenty, wycinki życia, nigdy na zawsze, ale... Te momenty i wycinki budowały w nim chęć do tego, żeby w ogóle jeszcze istnieć. Nawet jeżeli była to zwykła rozmowa pełna momentami bardzo losowych stwierdzeń i żartów, dla Crowa była absolutnie wszystkim.
- Nie mam, po co by mi była? - Pokręcił głową. - Jak mnie z jakąś widziałeś - bo przecież znali się z mniej miłej przeszłości - to pewnie była kradziona albo atrapa. - Ale on tych atrap już nie nosił od dawna. Nie chciał zgadywać czy sława go wyprzedzała i facet chcący go zabić wie, że rozbrajanie go było stratą czasu.
Wyłożony na tej kanapie, z jedną ręką owiniętą wokół Laurenta, a drugą trzymającą widelec, zaczął jeść. Tym razem nieszczególnie się krępował i wyszło na to, że nie należał do ludzi, którzy jedli ładnie. Wręcz przeciwnie - zapchał sobie całe usta od razu, nie dając nawet dojrzeć, że jego farsz zawierał owoce i czekoladę. Niekoniecznie dokładnie to przeżuwał i jadł szybko. Trochę jak starsi ludzie przerażeni tym, że ktoś zaraz zabierze im talerz. Przestał mniej-więcej w połowie zalewu komplementów, wciąż działających na niego jakby słyszał coś takiego pierwszy raz. Na pewno tak nie było, jego biografia nie pozostawiała pola na naiwność, ale to w jaki sposób topiły się jego oczy było autentyczne.
Nagle wydawał się być bardzo bezsilny. Opuścił głowę na jego ramię i zawiesił się w takiej pozycji, cudem nie strącając leżącego pomiędzy nimi opakowania. Nie miał pojęcia jak to możliwe, że zachowując się w ten sposób wciąż udawało mu się urabiać sobie ludzi, którzy nie powinni chcieć na niego spojrzeć.
- Są - powiedział nagle. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niego jak słabo dało się go zrozumieć. - Są wygodne. I przyjemne w dotyku. - Podsunął mu pod rękę własne kolano całkowicie przekonany, że tu nie chodziło już tylko o jego preferencje, a o obiektywnie przyjemne doświadczenie sensoryczne z jakim wiązało się uszytych w ten sposób ubrań. - Jak mówisz mi takie rzeczy, to od razu mam ochotę ściągnąć ci spodnie i porządnie opierdolić... Eh. Tak wiem, dopiero co się umyłeś. - Przymilił się do niego jeszcze, ale tym co ostatecznie zrobił było przekierowanie zainteresowania na inną oralną fiksację. Mianowicie na papierosy. Ledwie chwilę temu został pochwalony za palenie na zewnątrz, a teraz jak gdyby nigdy nic odpalił tę fajkę w środku. Odsunął się od niego oczywiście, ale dym wydmuchał prosto w żyrandol, a przynajmniej tak wyglądało to na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości wszystko co opuściło jego płuca trafiło do niewidzialnej bańki zawieszonej nad sufitem.
- Nie miałem nigdy swojej - rzucił nagle, opierając się wygodniej. - Różdżki w sensie. W Fantasmagorii kiedyś mi jedną pożyczyli i to tyle. Wiem, że dla innych to jest jakieś wielkie wydarzenie, kiedy idzie się ją kupić, ale dla mnie to było bez znaczenia. - Przywykł do tego, że w takich momentach czarodzieje opowiadali o więzi łączącej ich z kawałkiem drewna, więc dokładnie tego się spodziewał.
- Nie mam, po co by mi była? - Pokręcił głową. - Jak mnie z jakąś widziałeś - bo przecież znali się z mniej miłej przeszłości - to pewnie była kradziona albo atrapa. - Ale on tych atrap już nie nosił od dawna. Nie chciał zgadywać czy sława go wyprzedzała i facet chcący go zabić wie, że rozbrajanie go było stratą czasu.
Wyłożony na tej kanapie, z jedną ręką owiniętą wokół Laurenta, a drugą trzymającą widelec, zaczął jeść. Tym razem nieszczególnie się krępował i wyszło na to, że nie należał do ludzi, którzy jedli ładnie. Wręcz przeciwnie - zapchał sobie całe usta od razu, nie dając nawet dojrzeć, że jego farsz zawierał owoce i czekoladę. Niekoniecznie dokładnie to przeżuwał i jadł szybko. Trochę jak starsi ludzie przerażeni tym, że ktoś zaraz zabierze im talerz. Przestał mniej-więcej w połowie zalewu komplementów, wciąż działających na niego jakby słyszał coś takiego pierwszy raz. Na pewno tak nie było, jego biografia nie pozostawiała pola na naiwność, ale to w jaki sposób topiły się jego oczy było autentyczne.
Nagle wydawał się być bardzo bezsilny. Opuścił głowę na jego ramię i zawiesił się w takiej pozycji, cudem nie strącając leżącego pomiędzy nimi opakowania. Nie miał pojęcia jak to możliwe, że zachowując się w ten sposób wciąż udawało mu się urabiać sobie ludzi, którzy nie powinni chcieć na niego spojrzeć.
- Są - powiedział nagle. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niego jak słabo dało się go zrozumieć. - Są wygodne. I przyjemne w dotyku. - Podsunął mu pod rękę własne kolano całkowicie przekonany, że tu nie chodziło już tylko o jego preferencje, a o obiektywnie przyjemne doświadczenie sensoryczne z jakim wiązało się uszytych w ten sposób ubrań. - Jak mówisz mi takie rzeczy, to od razu mam ochotę ściągnąć ci spodnie i porządnie opierdolić... Eh. Tak wiem, dopiero co się umyłeś. - Przymilił się do niego jeszcze, ale tym co ostatecznie zrobił było przekierowanie zainteresowania na inną oralną fiksację. Mianowicie na papierosy. Ledwie chwilę temu został pochwalony za palenie na zewnątrz, a teraz jak gdyby nigdy nic odpalił tę fajkę w środku. Odsunął się od niego oczywiście, ale dym wydmuchał prosto w żyrandol, a przynajmniej tak wyglądało to na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości wszystko co opuściło jego płuca trafiło do niewidzialnej bańki zawieszonej nad sufitem.
- Nie miałem nigdy swojej - rzucił nagle, opierając się wygodniej. - Różdżki w sensie. W Fantasmagorii kiedyś mi jedną pożyczyli i to tyle. Wiem, że dla innych to jest jakieś wielkie wydarzenie, kiedy idzie się ją kupić, ale dla mnie to było bez znaczenia. - Przywykł do tego, że w takich momentach czarodzieje opowiadali o więzi łączącej ich z kawałkiem drewna, więc dokładnie tego się spodziewał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.