08.12.2024, 01:53 ✶
Charles nie skupiał się na trawie pod stopami, ani nawet na brzegu klifu i falach, które z hukiem obijały się o skały. Zadarł głowę, wypatrując w gwiazdach znanych konstelacji.
- Winy przodków pozostają w przeszłości, razem z nimi. - Zauważył, obracając w palcach butelkę. Nie pił z niej. - Teraz jesteśmy ważni tylko my, ci, którzy mamy wpływ na to, co się dzieje. Mój wpływ przyniósł wstyd ojcu i całej rodzinie. - Podkreślił po raz kolejny. Zmrużył odruchowo oczy, gdy Scarlett postanowiła dobrać się do jego włosów. - Być może wszyscy potrzebujemy czasu, ale czy go mamy?
Mulciber wyswobodził się z objęć siostry. Odstawił butelkę, uważając, by ta nie przewróciła się na trawie, i podniósł z miejsca. Krótko otrzepał spodnie, bo choć wiedział, że nie pozbędzie się zabrudzeń mokrej ziemi, to przyzwyczajenie do porządku zrobiło swoje. Powoli, krok za krokiem, ruszył w stronę brzegu klifu.
- Potknąłem się, ale jeszcze nie upadłem, Scarlett. - Wyjaśnił swój pogląd na sprawę. Wychylił się, by spojrzeć w dół skały. W ciemności nocy, morze było czarne, jak otchłań, która wzywała go w swoje mroczne, bezpieczne objęcia nicości. - Nie upadłem i boję się, że jeśli naprawdę upadnę, to już nie wstanę. Ojciec i rodzina mi nie pozwolą. Jeśli dalej będę tworzył te świeczki, to upewnią się, że zderzę się z ziemią i nie będzie powrotu. Może powinienem ich wyręczyć. Może powinienem sam zadecydować, upaść na swoich warunkach.
- Winy przodków pozostają w przeszłości, razem z nimi. - Zauważył, obracając w palcach butelkę. Nie pił z niej. - Teraz jesteśmy ważni tylko my, ci, którzy mamy wpływ na to, co się dzieje. Mój wpływ przyniósł wstyd ojcu i całej rodzinie. - Podkreślił po raz kolejny. Zmrużył odruchowo oczy, gdy Scarlett postanowiła dobrać się do jego włosów. - Być może wszyscy potrzebujemy czasu, ale czy go mamy?
Mulciber wyswobodził się z objęć siostry. Odstawił butelkę, uważając, by ta nie przewróciła się na trawie, i podniósł z miejsca. Krótko otrzepał spodnie, bo choć wiedział, że nie pozbędzie się zabrudzeń mokrej ziemi, to przyzwyczajenie do porządku zrobiło swoje. Powoli, krok za krokiem, ruszył w stronę brzegu klifu.
- Potknąłem się, ale jeszcze nie upadłem, Scarlett. - Wyjaśnił swój pogląd na sprawę. Wychylił się, by spojrzeć w dół skały. W ciemności nocy, morze było czarne, jak otchłań, która wzywała go w swoje mroczne, bezpieczne objęcia nicości. - Nie upadłem i boję się, że jeśli naprawdę upadnę, to już nie wstanę. Ojciec i rodzina mi nie pozwolą. Jeśli dalej będę tworzył te świeczki, to upewnią się, że zderzę się z ziemią i nie będzie powrotu. Może powinienem ich wyręczyć. Może powinienem sam zadecydować, upaść na swoich warunkach.