08.12.2024, 12:41 ✶
Ostatnie dni były trudne dla wszystkich w rodzinie i Charles nie był wyjątkiem. Choć wielu mogło uznawać inaczej, gdy ostatnie dni Robert spędził z nim w konflikcie, młody Mulciber nie był na tyle paskudną istotą, by nie docenić zmarłego pomijając ostatnie tygodnie, gdy ich relacja zepsuła się, gnijąc jak śliwka pozostawiona zbyt długo w ciepłym, wilgotnym miejscu. Dochodziło do tego również poczucie winy. Czy jego karygodne zachowanie nie przyczyniło się do pogorszenia stanu zdrowia Roberta?
Być może to właśnie to poczucie winy powodowało, że nie pojawił się u boku ojca od razu. Bał się, że Richard właśnie jego oskarży o spowodowanie przedwczesnego odejścia bliźniaka, a nie byłoby to coś, co mógłby znieść. Bezzmiennie zapatrzony w ojca, nie poradziłby sobie z takim oskarżeniem. Lepiej było nie wiedzieć.
Oddawał się pracy, by zająć głowę czymś pożytecznym aniżeli myślami o tych, którzy odeszli i winie, która mogła wcale nie być jego. Praca u pani Dolohov dobrze mu robiła - uczył się nowych procedur, organizował sobie miejsce pracy, tworzył świeczki i kadziła dla pacjentów, wreszcie zajmował się całą organizacją wizyt i grafików. Nawet głupie pisanie listów z przypomnieniem o wizycie dobrze na niego działało. Proszę niezwłocznie powiadomić, jeśli nie ma Pani możliwości stawienia się na wizycie brzmiało o wiele lepiej od zabiłem własnego wuja i skrzywdziłem tym ojca, które kołatało się w myślach.
Nie inaczej było w domu, gdy miał swoje świeczkowe imperium do rozkręcenia. Wzory, właściwości, pomysły na opakowania, na taktyki sprzedażowe: Charlie walczył ze światem i miał wrażenie, że na tym polu może wygrać, jeśli tylko skupi się odpowiednio na swoim zadaniu. Kiedy usłyszał pukanie do drzwi, akurat rzeźbił kolejny wzór w kawałku wosku. Drobne ścinki spadały na rozłożoną gazetę, gdy Mulciber dbał o porządek w nie swoim mieszkaniu. Z bryły białego, zwykłego wosku powoli wyłaniała się róża, wzór oklepany, ale niezmiennie popularny.
- Chwileczkę! - Zawołał w stronę drzwi. Potrzebował chwili, by odłożyć swoją robótkę, otrzepać się z opiłków i poprawić, by prezentować się dość dobrze dla gościa. Któż mógł to być? Obstawiał Rodolphusa, może siostrę, jeśli poszła po rozum do głowy po ich ostatniej sprzeczce, a może po prostu jakiś sąsiad.
Podszedł do drzwi pospiesznie.
- Tata... - Niemal wyszeptał, gdy zobaczył w drzwiach mężczyznę i po zaroście mógł od razu stwierdzić, że z Richardem nie jest dobrze. - Tato, co tu robisz? Wejdź, wejdź. - Zaprosił go do środka, gdy usta nieświadomie paplały wyuczone grzeczności. Ciało nie podążało za ustami, bo zupełnie niezgodnie ręce Charlesa wyciągnęły się w stronę ojca, by objąć go i przytulić. Odyn jeden wiedział, który z nich potrzebował tego bardziej.
Być może to właśnie to poczucie winy powodowało, że nie pojawił się u boku ojca od razu. Bał się, że Richard właśnie jego oskarży o spowodowanie przedwczesnego odejścia bliźniaka, a nie byłoby to coś, co mógłby znieść. Bezzmiennie zapatrzony w ojca, nie poradziłby sobie z takim oskarżeniem. Lepiej było nie wiedzieć.
Oddawał się pracy, by zająć głowę czymś pożytecznym aniżeli myślami o tych, którzy odeszli i winie, która mogła wcale nie być jego. Praca u pani Dolohov dobrze mu robiła - uczył się nowych procedur, organizował sobie miejsce pracy, tworzył świeczki i kadziła dla pacjentów, wreszcie zajmował się całą organizacją wizyt i grafików. Nawet głupie pisanie listów z przypomnieniem o wizycie dobrze na niego działało. Proszę niezwłocznie powiadomić, jeśli nie ma Pani możliwości stawienia się na wizycie brzmiało o wiele lepiej od zabiłem własnego wuja i skrzywdziłem tym ojca, które kołatało się w myślach.
Nie inaczej było w domu, gdy miał swoje świeczkowe imperium do rozkręcenia. Wzory, właściwości, pomysły na opakowania, na taktyki sprzedażowe: Charlie walczył ze światem i miał wrażenie, że na tym polu może wygrać, jeśli tylko skupi się odpowiednio na swoim zadaniu. Kiedy usłyszał pukanie do drzwi, akurat rzeźbił kolejny wzór w kawałku wosku. Drobne ścinki spadały na rozłożoną gazetę, gdy Mulciber dbał o porządek w nie swoim mieszkaniu. Z bryły białego, zwykłego wosku powoli wyłaniała się róża, wzór oklepany, ale niezmiennie popularny.
- Chwileczkę! - Zawołał w stronę drzwi. Potrzebował chwili, by odłożyć swoją robótkę, otrzepać się z opiłków i poprawić, by prezentować się dość dobrze dla gościa. Któż mógł to być? Obstawiał Rodolphusa, może siostrę, jeśli poszła po rozum do głowy po ich ostatniej sprzeczce, a może po prostu jakiś sąsiad.
Podszedł do drzwi pospiesznie.
- Tata... - Niemal wyszeptał, gdy zobaczył w drzwiach mężczyznę i po zaroście mógł od razu stwierdzić, że z Richardem nie jest dobrze. - Tato, co tu robisz? Wejdź, wejdź. - Zaprosił go do środka, gdy usta nieświadomie paplały wyuczone grzeczności. Ciało nie podążało za ustami, bo zupełnie niezgodnie ręce Charlesa wyciągnęły się w stronę ojca, by objąć go i przytulić. Odyn jeden wiedział, który z nich potrzebował tego bardziej.