Dzień był dosyć intensywny. Panna Figg starała sobie jakoś radzić z tymi wszystkimi obowiązkami, jakie na siebie brała, ale czasem nie do końca jej się udawało. Między prowadzeniem swojej cukierni, byciem matką, a tworzeniem eliksirów dla członków Zakonu Feniksa starała się angażować w też inne rzeczy, tak jak dzisiaj - spotkanie klubu herbologicznego, które zdecydowanie nie należało do najbardziej udanych.
Dosyć szybko się stamtąd zawinęła nie do końca zadowolona z tego, co zobaczyła i jak właściwie potoczyło się badanie. Tak właściwie to nie dowiedzieli się prawie niczego i omal nie zostali pożarci przez wielką mandragorę, a raczej dwie... Nie tego się spodziewała. Musiała jednak wrócić do cukierni, nikt nie zajmie się przecież jej sprawami. Zamówienia same się nie zrobią, a pączki nie usmażą.
Były wakacje, więc Mabel sporo czasu spędzała u dziadków, na całe szczęście dzisiaj był jeden z tych dni, dzięki czemu nie widziała, że wróciła do domu nieco pokiereszowana.
Dosyć szybko zajęła się sobą, tymi ranami, które zostawiło na jej ciele szkło. Nie chciała, żeby ktokolwiek widział, że coś jej się stało. Nie chciała, aby się o nią martwili. Obawiała się tego, że Erik mógł dowiedzieć się o tym, że zrobiła dzisiaj coś nieodpowiedzialnego, bo w Beltane połączyła ich ta dziwna więź, na całe szczęście, jeszcze go tutaj nie zobaczyła, ani nie dostała żadnego dziwnego listu, więc może nie było się o co martwić. Troche jej było głupio, że sama zrobiła mu ogromną awanturę w czerwcu, gdy prawie rozjechał go traktor. Sytuacja jednak wcale nie była taka prosta, zważając na to, że czasem po prostu zdarzały się takie sytuacje.
Jako, że ostatni klient już wyszedł, mogła zamknąć cukiernię i zająć się swoimi zwyczajnymi obowiązkami. Zajrzała jeszcze do Lady - która chyba nie miała nic ciekawszego do roboty, więc po prostu poszła spać. Zapomniała jak to jest mieć w domu takie małe piskle, cóż, nowy kot zawsze był sporym wydarzeniem w życiu każdego Figga. Nigdy nie wiadomo co z niego wyrośnie. Szczególnie, że Lady miała dosyć wysoko postawioną poprzeczkę - nie ma się co oszukiwać Salem, jej poprzednik stał się prawdziwym przyjacielem Norki. Nadal nie do końca poradziła sobie z jego śmiercią.
Zamknęła się więc w kuchni, w sumie to nie zamknęła, bo drzwi ciągle były otwarte, nie spodziewała się jednak, że ktoś ją dzisiaj nawiedzi. Wyglądała zwyczajnie, typowo dla siebie ubrana w niezbyt długą sukienkę, w kolorze limonkowym, mimo tego, że już przecież dawno była po pracy to jak zawsze musiała się prezentować charakterystycznie dla siebie. Nawet w kuchni biegała w wysokich obcasach.
Skończyła szykować wszystkie składniki, które miały jej się przydać rankiem. Przynajmniej tak się jej wydawało, niby zatrudniała kilka osób, jednak nikt nie był w stanie jej pomóc w kuchni. Powinna była wreszcie kogoś poszukać, bo ostatnio naprawdę bywała zmęczona, wiedziała, że sporo na siebie bierze, ale nie umiała robić inaczej. Nie, kiedy jej bliscy walczyli o lepsze jutro, a ona nie mogła im pomóc inaczej niżeli warząc eliksiry.
Miała wrażenie, że usłyszała dźwięk otwierających się drzwi. Dziwne, nikt nie pownien tu już dzisiaj przychodzić, chyba, że o czymś zapomniała? Mniejsza o to, nie zamierzała czekać, wzięła więc w dłoń patelnię (gdyby okazało się, że intruz chce jej zrobić krzywdę) i ruszyła przed siebie jak najciszej potrafiła.
Nie wyszła nawet z kuchni, gdy usłyszała pukanie w drewnianą futrynę, spojrzała na patelnię, którą trzymała w ręce, chyba zupełnie niepotrzebnie, bo ktoś jednak chciał zostać zauważony, dopiero po chwili przeniosła wzrok w stronę drzwi. - Uch, to ty, spanikowałam. - Pomachała patelnią w powietrzu, żeby pokazać o co jej chodziło. - Ciastko, pączka, bimbru? - Roise był dzisiaj towarzyszem jej niedoli podczas spotkania klubu herbologicznego, spodziewała się więc, że przyda mu się coś mocniejszego, zresztą ona sama nie pogardziłaby po tym dniu szklanką alkoholu.