09.12.2024, 09:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2024, 12:08 przez Samuel McGonagall.)
Okno otworzyło się, a ptak wleciał do środka. Krogulec miał tak samo płowe skrzydła, teraz tak pdobne do ulubionej, wysłużonej koszuli Samuela i cięzko było osądzić, czy to koszula ma kolor jak pióra, czy pióra mają kolor jak koszula.
Przemiana następiła szybko, choć nie do końca w stronę, która była oczywista. Powinien zostać w ludzkiej formie, powienien mieć usta, by mówić, powienien mieć twarz na której łatwiej byłoby odczytać tę mieszankę strachu i dziwnego podekscytowania, bo przecież coś właśnie ruszyło, coś zobaczyli i było to ważne. Zagnieździło się w nim przekonanie że potwór miał leże, że da się go wytropić i - przede wszystkim - zniszczyć lub uwięzić. I nie marzył obecnie o niczym więcej, zapominając o swoich trudnościach z kltwą, czy początkiem relacji, która swoimi korzeniami sięgała tak daleko w przeszłość. Był przerażony, był rozdarty, był cierpiący cierpieniem i żałobą Rose.
Był też niedźwiedziem.
Nie mogli mieć mu tego za złe, myśle i emocje kołowały, a Samuelowi ostatecznie zależało na tym, by nikomu z jego powodu nie stała się krzywda, a ludzka forma bywała zbyt wadliwa. Dlatego na podłogę zamiast stópek jastrzębia, zamiast ostrych pazurków skrobiących drewno, zamiast istoty nienawykłej do przemieszczania się "pieszo", opadły ciężkie i włochate łapska niedźwiedzia, który legł na podłodze przy Rose i ułożył wielki łeb na jej biodrze, opierając głowę nie tyle o kobietę, a driadę, o drzewo, które tylko na moment może się ruszać i mówić, tak jak on nie raz nie dwa traktował ludzką formę, jako stan przejściowy między ptakiem a niedźwiedziem.
Legł cięzko na podłogę i chłonął zapach tego miejsca, w którym też był po raz pierwszy. Zapachy mieszały się ze sobą, woń Ambroise'a kręciła go w nosie, ale nie kichnął - trochę z obawy czy znów go nie teleportuje do Londynu jak przed kilkoma dniami. Liczyło się tylko to, że Róża w drodze powrotnej nie wpadła na upiora, który mniej był zaintresowany życiem drzewa, a bardziej życiem ludzi. Najważniejsze, że wszyscy byli bezpieczni, że wciąż mieli szansę coś zrobić, nawet jeśli Samuel... nie zamierzał znów na własną rękę poszukiwać Bestii z Kniei. Był za słaby, za mało wiedział. Ale Brenna... Ona na pewno będzie wiedziała co z tym zrobić.
Głęboki pomruk z samego środka brzucha, przeszedł w zmartwione stęknięcie, które w misiowemu pytało Grennegrassów o ich samopoczucie.
Przemiana następiła szybko, choć nie do końca w stronę, która była oczywista. Powinien zostać w ludzkiej formie, powienien mieć usta, by mówić, powienien mieć twarz na której łatwiej byłoby odczytać tę mieszankę strachu i dziwnego podekscytowania, bo przecież coś właśnie ruszyło, coś zobaczyli i było to ważne. Zagnieździło się w nim przekonanie że potwór miał leże, że da się go wytropić i - przede wszystkim - zniszczyć lub uwięzić. I nie marzył obecnie o niczym więcej, zapominając o swoich trudnościach z kltwą, czy początkiem relacji, która swoimi korzeniami sięgała tak daleko w przeszłość. Był przerażony, był rozdarty, był cierpiący cierpieniem i żałobą Rose.
Był też niedźwiedziem.
Nie mogli mieć mu tego za złe, myśle i emocje kołowały, a Samuelowi ostatecznie zależało na tym, by nikomu z jego powodu nie stała się krzywda, a ludzka forma bywała zbyt wadliwa. Dlatego na podłogę zamiast stópek jastrzębia, zamiast ostrych pazurków skrobiących drewno, zamiast istoty nienawykłej do przemieszczania się "pieszo", opadły ciężkie i włochate łapska niedźwiedzia, który legł na podłodze przy Rose i ułożył wielki łeb na jej biodrze, opierając głowę nie tyle o kobietę, a driadę, o drzewo, które tylko na moment może się ruszać i mówić, tak jak on nie raz nie dwa traktował ludzką formę, jako stan przejściowy między ptakiem a niedźwiedziem.
Legł cięzko na podłogę i chłonął zapach tego miejsca, w którym też był po raz pierwszy. Zapachy mieszały się ze sobą, woń Ambroise'a kręciła go w nosie, ale nie kichnął - trochę z obawy czy znów go nie teleportuje do Londynu jak przed kilkoma dniami. Liczyło się tylko to, że Róża w drodze powrotnej nie wpadła na upiora, który mniej był zaintresowany życiem drzewa, a bardziej życiem ludzi. Najważniejsze, że wszyscy byli bezpieczni, że wciąż mieli szansę coś zrobić, nawet jeśli Samuel... nie zamierzał znów na własną rękę poszukiwać Bestii z Kniei. Był za słaby, za mało wiedział. Ale Brenna... Ona na pewno będzie wiedziała co z tym zrobić.
Głęboki pomruk z samego środka brzucha, przeszedł w zmartwione stęknięcie, które w misiowemu pytało Grennegrassów o ich samopoczucie.