09.12.2024, 12:53 ✶
– Gdybym była włamywaczem, ogłuszyłabym cię, zamiast uciekać – odparła Mackenzie szczerze. Dlaczego miałaby rzucać się do ucieczki, skoro mogłaby oberwać zaklęciem w plecy? I szybko powiadomiono by wtedy Brygadę Uderzeniową? Przywalenie komuś, kto cię zobaczył, zdawało się jej znacznie bardziej logiczną opcją niż umykanie. – Mhm. A czemu miałoby mnie obchodzić, jak to wygląda? – spytała.
Oczywiście, matka wiele razy próbowała wbić do głowy Mackenzie, że powinna zachowywać się odpowiednio, robić dobre wrażenie na ludziach, nauczycielach, sąsiadach i przede wszystkim tych członkach rodziny, którzy i tak nie chcieli jej znać. Problem w tym, że do głowy Mackenzie po prostu nie były w stanie przedrzeć się nauki, co dokładnie oznaczało odpowiednie zachowanie.
– Nie wiem. To ty pytałeś, dlaczego nie jestem panią Houghton – wyjaśniła na jego pytania, a potem potrząsnęła głową i znowu wyglądała… no nie jak ona, nie w stu procentach, bo przyleciała tutaj z ciemnymi włosami zamiast tych blond, i teraz też siwe włosy zamieniły się w czarne, takie same, jakie miała parę chwil temu. Ale już twarz i sylwetka na powrót należały do Mackenzie Greengrass. Znów spoglądały na niego jasne oczy, w ogóle niepodobne do tych, jakie miała mieszkająca tu jeszcze jakiś czas staruszka.
Zmarszczyła lekko jasne brwi, niezbyt pojmując, o co chodziło z tym całym zaczynaniem od nowa – znaczy się miał zamiar znowu zacząć ją oskarżać o bycie włamywaczem?
– Nie. I nie – odparła na jego pytania, i miała zamiar już nawet się wycofać i wejść do mieszkania, na tym kończąc rozmowę, ale jakiś przebłysk rozsądku jednak rozjaśniał w jej głowie, i pomyślała, że wtedy pewnie wezwie tę Brygadę Uderzeniową. A ona już zaczynała być przytłoczona nadmiarem interakcji społecznych tego dnia – rano rozmawiała z sąsiadem, potem z drużyną, trenerem i dziennikarzem, teraz jeszcze ten chłopak. Nie zniosłaby jeszcze wyjaśniania Brygadzie Uderzeniowej, że nie jest włamywaczką. – Pani Houghton już tutaj nie mieszka. To moje mieszkanie.
Oczywiście, matka wiele razy próbowała wbić do głowy Mackenzie, że powinna zachowywać się odpowiednio, robić dobre wrażenie na ludziach, nauczycielach, sąsiadach i przede wszystkim tych członkach rodziny, którzy i tak nie chcieli jej znać. Problem w tym, że do głowy Mackenzie po prostu nie były w stanie przedrzeć się nauki, co dokładnie oznaczało odpowiednie zachowanie.
– Nie wiem. To ty pytałeś, dlaczego nie jestem panią Houghton – wyjaśniła na jego pytania, a potem potrząsnęła głową i znowu wyglądała… no nie jak ona, nie w stu procentach, bo przyleciała tutaj z ciemnymi włosami zamiast tych blond, i teraz też siwe włosy zamieniły się w czarne, takie same, jakie miała parę chwil temu. Ale już twarz i sylwetka na powrót należały do Mackenzie Greengrass. Znów spoglądały na niego jasne oczy, w ogóle niepodobne do tych, jakie miała mieszkająca tu jeszcze jakiś czas staruszka.
Zmarszczyła lekko jasne brwi, niezbyt pojmując, o co chodziło z tym całym zaczynaniem od nowa – znaczy się miał zamiar znowu zacząć ją oskarżać o bycie włamywaczem?
– Nie. I nie – odparła na jego pytania, i miała zamiar już nawet się wycofać i wejść do mieszkania, na tym kończąc rozmowę, ale jakiś przebłysk rozsądku jednak rozjaśniał w jej głowie, i pomyślała, że wtedy pewnie wezwie tę Brygadę Uderzeniową. A ona już zaczynała być przytłoczona nadmiarem interakcji społecznych tego dnia – rano rozmawiała z sąsiadem, potem z drużyną, trenerem i dziennikarzem, teraz jeszcze ten chłopak. Nie zniosłaby jeszcze wyjaśniania Brygadzie Uderzeniowej, że nie jest włamywaczką. – Pani Houghton już tutaj nie mieszka. To moje mieszkanie.