10.12.2024, 06:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2024, 06:16 przez Thomas Figg.)
- Oh... OH - zareagował jedynie i pod nosem burknął - Weź jeszcze nóż, bo ta kredka nie jest jak widać najostrzejsza - nie miał pojęcia czy go usłyszała, w tonie brakowało żartobliwych nutek - był nijaki, zupełnie bez wyrazu, tak samo jak czuł się on. Chociaż nie, Thomas nie czuł się nijaki, czuł się inny, czuł się brudny. A im bardziej zdawał sobie sprawę, że cieszyło go cierpienie demona (tak, definitywnie to był demon, niech nikt kurwa nie twierdzi inaczej) - czuł się przez to jeszcze bardziej zbrukany.
Nie stawiał się idąc za nią jak posłuszny baran na rzeź. Równie dobrze mogła go zaprowadzić na staw i rzucić w głębiny wraz z innymi kościotrupami, czy by się stawiał? Nie. Na to przecież zasługiwali czarnoksiężnicy przecież, na porzucenie i zapomnienie, aby wszelka pamięć o nich zaginęła. Robiąc staw jego mogiłą, mulaste dno czyniąc obiciem trumny, a gęsta ciemna woda niczym nagrodę, bezimienny, zapomniany.
Ufne, zagubione kocie upatrujące w niej ratunku, opieki i nie rozumiał dlaczego się przed tym nie broni. Czy na tym polegała miłość? Że nie boisz pokazywać się swoich słabości, że szukasz pomocy? Nie udajesz, że wszystko w porządku, nakładając maskę kiedy tak naprawdę chcesz płakać i wrzeszczeć z bólu, który tobą targa od środka. Ale on przecież nigdy nie chciał być ciężarem, dlatego gdy tylko ktoś pytał czy wszystko w porządku to odpowiedź zawsze była twierdząca. Chyba, że przyłapano go, gdy leżał na dnie. Bo przecież skoro nie widzą bez pytania, to znaczy, że jego problemy nic nie znaczyły. A ona wzięła, go podniosła, dając mu nadzieję, że jeszcze nie stracił wszystkiego.
Kiedy ona mieszała te wszystkie kadzidła, olejki, zioła i inne pierdoły, których nazw pewnie nawet nie potrafiłby wymienić. Stał jak ta sierota, jakby kto strach na wróble do domu wprowadził, jedyne co go odróżniało od tego polnej imitacji człowieka, to fakt, że oddychał i jeszcze miał duszę. Przyglądał się jej czując jak myśli w głowie pędzą mu niczym szalone, a on nie był w stanie nad nimi zapanować - może nie powinien wcale wychodzić z tych jaskini, tylko zostać tam pogrzebany, nie byłby ciężarem dla innych. Ale przecież chciał żyć, pchała go wtedy chęć przeżycia, nie dla obowiązku. Nie dlatego, że miał jeszcze tyle do zrobienia: tylu śmieciożerców do powstrzymania, tylu przyjaciół do ocalenia, niezliczone zabezpieczenia do założenia. Tym razem chciał żyć, bo miał własny powód, a nie obowiązek.
Ale czy mógł ją obarczać swoim uczuciem? Był roztrzaskany przez życie; przez innych; przez własne spierdolone zachowanie; przez dręczące go demony i decyzje z przeszłości. Czy miał prawo jej choćby wspomnieć o tym co czuje? Przez ten moment stał wpatrując się w nią z rozpaczą, próbując nie dać się przytłoczyć bólowi i panice, że mimo zrozumienia swoich uczuć nigdy ich nie będzie mógł powiedzieć.
Ona cię nigdy nie pokocha, nikt nie kocha mroku...
Przygarbiony, skurczył się w sobie zdając sobie sprawę, że słowa głosu były prorocze. Ale chciał się okłamywać, jeszcze jakoś wierzyć, ze jest dla niego szansa. Przecież nie wyrzuciła go za drzwi "radź sobie sam". Tylko czy to dlatego, że była dla niego nadzieja czy z poczucia obowiązku?
Pokiwał głową bez słowa, może normalnie by zaczerwienił się, poprosił ją o odwrócenie się, ale przed chwilą obnażał przed nią swoja duszę. Wstyd? Pruderia? Zostały może gdzieś tam, w podziemiach pod Yr Yagwrn, a na pewno przed progiem Księżycowego Stawu. Zrzucił z siebie buty, a spodnie opadły na ziemię zaraz po nich. Nie zasłaniał się, ale też nie zamierzał prezentować się jej niczym ogier na wybiegu. Po prostu wlazł do balii zanurzając obolałe ciało w ciepłej wodzie. Jak uwielbiał zapachy, bo widząc świat w szarych barwach to w nich odnajdywał jeszcze piękno świata, tak teraz nie potrafił ich docenić, mieszały mu się nie wywołując na nim żadnego efektu.
Chciał jej powiedzieć, ze nie musi tu być, ze sobie poradzi, że jest okej, a ona może wracać do tego co robiła. Ale nie potrafił, nie chciał być sam, pragnął tego, aby obok była ona, jego nieuchwytna nimfa. Potrzeba akceptacji, poczucia bycia akceptowanym i kochanym była zbyt wiele większa niż instynkty, które sprawiały, że nigdy nie chciał być ciężarem dla innych.
Połknęły go tamte jaskinie, sponiewierały jak tanią dziwkę z nokturnu i wypluły pokiereszowanego na duszy. Ale teraz siedział w ciepłej kąpieli, która miały obmyć jego ciało, ukoić nerwy. Tylko wspomnienia nie odpuszczały, wciąż go dręczyły. Tak samo jak fakt, ze nie był z nią w pełni szczery, nadal ukrywał te jedną rzecz, z którą tu przyszedł. Wpatrywał się w uspokajająca się taflę wody w balii, którą zmącił swoim wejściem. Jak miał to powiedzieć? Jak ubrać w słowa, kiedy cały czas czuł ten dojmujący ból rozerwanej duszy.
- Chciał tylko być Twoim stawem. Pozwolić odżyć twemu ciału. Chciałem móc użyźnić twoją glebę, sprawić, że żonkile będą rosnąć aż po horyzont... - mówił w stronę wody, nie będąc pewnym czy jego cichy głos dociera do niej. - Chciałem sprawiać, że mrok nie będzie straszny... Pokazać że w tym pełnym bólu świecie jest miejsce na dobre rzeczy, że miłość nie jest jedynie bajką... - urwał nagle, jakby zdał sobie sprawę, że monolog, który prowadzi nie był wewnątrz jego głowy.
Znowu mieszał... Ze złością zaczął przemywać swoją twarz. Jakby chciał pozbyć się nie tylko brudu, ale utopić w kolejnych kroplach wody - ukryć swój strach, swoje cierpienie i nie być kamieniem na jej ścieżce. Z twarzą ociekającą wodą poszukał jej wzrokiem. Co on chciał? Już kurwa sam nie był pewien, wiedział tylko, że chciał złapać spojrzenie Millie - móc patrzeć w jej oczy i studiować ich odcień.
Nie stawiał się idąc za nią jak posłuszny baran na rzeź. Równie dobrze mogła go zaprowadzić na staw i rzucić w głębiny wraz z innymi kościotrupami, czy by się stawiał? Nie. Na to przecież zasługiwali czarnoksiężnicy przecież, na porzucenie i zapomnienie, aby wszelka pamięć o nich zaginęła. Robiąc staw jego mogiłą, mulaste dno czyniąc obiciem trumny, a gęsta ciemna woda niczym nagrodę, bezimienny, zapomniany.
Ufne, zagubione kocie upatrujące w niej ratunku, opieki i nie rozumiał dlaczego się przed tym nie broni. Czy na tym polegała miłość? Że nie boisz pokazywać się swoich słabości, że szukasz pomocy? Nie udajesz, że wszystko w porządku, nakładając maskę kiedy tak naprawdę chcesz płakać i wrzeszczeć z bólu, który tobą targa od środka. Ale on przecież nigdy nie chciał być ciężarem, dlatego gdy tylko ktoś pytał czy wszystko w porządku to odpowiedź zawsze była twierdząca. Chyba, że przyłapano go, gdy leżał na dnie. Bo przecież skoro nie widzą bez pytania, to znaczy, że jego problemy nic nie znaczyły. A ona wzięła, go podniosła, dając mu nadzieję, że jeszcze nie stracił wszystkiego.
Kiedy ona mieszała te wszystkie kadzidła, olejki, zioła i inne pierdoły, których nazw pewnie nawet nie potrafiłby wymienić. Stał jak ta sierota, jakby kto strach na wróble do domu wprowadził, jedyne co go odróżniało od tego polnej imitacji człowieka, to fakt, że oddychał i jeszcze miał duszę. Przyglądał się jej czując jak myśli w głowie pędzą mu niczym szalone, a on nie był w stanie nad nimi zapanować - może nie powinien wcale wychodzić z tych jaskini, tylko zostać tam pogrzebany, nie byłby ciężarem dla innych. Ale przecież chciał żyć, pchała go wtedy chęć przeżycia, nie dla obowiązku. Nie dlatego, że miał jeszcze tyle do zrobienia: tylu śmieciożerców do powstrzymania, tylu przyjaciół do ocalenia, niezliczone zabezpieczenia do założenia. Tym razem chciał żyć, bo miał własny powód, a nie obowiązek.
Ale czy mógł ją obarczać swoim uczuciem? Był roztrzaskany przez życie; przez innych; przez własne spierdolone zachowanie; przez dręczące go demony i decyzje z przeszłości. Czy miał prawo jej choćby wspomnieć o tym co czuje? Przez ten moment stał wpatrując się w nią z rozpaczą, próbując nie dać się przytłoczyć bólowi i panice, że mimo zrozumienia swoich uczuć nigdy ich nie będzie mógł powiedzieć.
Ona cię nigdy nie pokocha, nikt nie kocha mroku...
Przygarbiony, skurczył się w sobie zdając sobie sprawę, że słowa głosu były prorocze. Ale chciał się okłamywać, jeszcze jakoś wierzyć, ze jest dla niego szansa. Przecież nie wyrzuciła go za drzwi "radź sobie sam". Tylko czy to dlatego, że była dla niego nadzieja czy z poczucia obowiązku?
Pokiwał głową bez słowa, może normalnie by zaczerwienił się, poprosił ją o odwrócenie się, ale przed chwilą obnażał przed nią swoja duszę. Wstyd? Pruderia? Zostały może gdzieś tam, w podziemiach pod Yr Yagwrn, a na pewno przed progiem Księżycowego Stawu. Zrzucił z siebie buty, a spodnie opadły na ziemię zaraz po nich. Nie zasłaniał się, ale też nie zamierzał prezentować się jej niczym ogier na wybiegu. Po prostu wlazł do balii zanurzając obolałe ciało w ciepłej wodzie. Jak uwielbiał zapachy, bo widząc świat w szarych barwach to w nich odnajdywał jeszcze piękno świata, tak teraz nie potrafił ich docenić, mieszały mu się nie wywołując na nim żadnego efektu.
Chciał jej powiedzieć, ze nie musi tu być, ze sobie poradzi, że jest okej, a ona może wracać do tego co robiła. Ale nie potrafił, nie chciał być sam, pragnął tego, aby obok była ona, jego nieuchwytna nimfa. Potrzeba akceptacji, poczucia bycia akceptowanym i kochanym była zbyt wiele większa niż instynkty, które sprawiały, że nigdy nie chciał być ciężarem dla innych.
Połknęły go tamte jaskinie, sponiewierały jak tanią dziwkę z nokturnu i wypluły pokiereszowanego na duszy. Ale teraz siedział w ciepłej kąpieli, która miały obmyć jego ciało, ukoić nerwy. Tylko wspomnienia nie odpuszczały, wciąż go dręczyły. Tak samo jak fakt, ze nie był z nią w pełni szczery, nadal ukrywał te jedną rzecz, z którą tu przyszedł. Wpatrywał się w uspokajająca się taflę wody w balii, którą zmącił swoim wejściem. Jak miał to powiedzieć? Jak ubrać w słowa, kiedy cały czas czuł ten dojmujący ból rozerwanej duszy.
- Chciał tylko być Twoim stawem. Pozwolić odżyć twemu ciału. Chciałem móc użyźnić twoją glebę, sprawić, że żonkile będą rosnąć aż po horyzont... - mówił w stronę wody, nie będąc pewnym czy jego cichy głos dociera do niej. - Chciałem sprawiać, że mrok nie będzie straszny... Pokazać że w tym pełnym bólu świecie jest miejsce na dobre rzeczy, że miłość nie jest jedynie bajką... - urwał nagle, jakby zdał sobie sprawę, że monolog, który prowadzi nie był wewnątrz jego głowy.
Znowu mieszał... Ze złością zaczął przemywać swoją twarz. Jakby chciał pozbyć się nie tylko brudu, ale utopić w kolejnych kroplach wody - ukryć swój strach, swoje cierpienie i nie być kamieniem na jej ścieżce. Z twarzą ociekającą wodą poszukał jej wzrokiem. Co on chciał? Już kurwa sam nie był pewien, wiedział tylko, że chciał złapać spojrzenie Millie - móc patrzeć w jej oczy i studiować ich odcień.