10.12.2024, 05:34 ✶
-Ja mugolką? zaraz zwymiotuje. Oczywiście, że nie jestem - prychnęła, krzywiąc się, jakoby właśnie obraził ją okrutnie i poniekąd tak było. Chociaż logicznym było zakładać, że w tak małej mugolskiej wsi łatwiej było sądzić, że każdy spotkany jest jednak mugolem. W końcu sama myślała, że i on czarodziejem nie jest. Chociaż czuła, że normalny też być nie może. Wystarczyło spojrzeć na jego koszulkę.
-Podziękowanie za koncert, powiadasz - zerknęła odruchowo na futerał, który prócz kurzu, jaki zdążył się na nim osadzić, wyglądał dobrze. W zasadzie wyglądał o wiele lepiej niż oni.
Odłożyła futerał, aby śpiesznie go otworzyć, skrzypce były całe i zdrowe, co wywołało widoczną ulgę na jej twarzy.
Dzięki bogom. Zamknęła futerał, przerzucając go przez ramie, aby ten, trzymany na skórzanych pasach, niczym plecak ułożył się na jej plecach.
-Dzięki ci Pani, jakby były zniszczone mogłabym iść się wieszać - mruknęła do siebie, na powrót wstając.
Spojrzała na niego, a na jej ustach pojawił się uśmiech.
-Najwidoczniej wracam i to w obecności samego Mistera rzezi 72, który postanowił zaszczycić mnie swoim towarzystwem - stwierdziła rozbawiona, biorąc chusteczkę, którą przyłożyła do twarzy.
Nic tu po nas - Zgadzała się z tym stwierdzeniem.
Skinęła głową, ruszając powoli jego śladem.
-Czyli korci cię wrócić do naszego tipi? - prychnęła rozbawiona, gdy postanowili wrócić na zawalony dworzec.
Uniosła brew na jego ostatnie słowa.
-Uważaj, bo jeszcze przypadkiem pomyślę, że się martwisz - mruknęła z szelmowskim uśmiechem, zerkając na niego. Spojrzała na chusteczkę, którą dalej trzymała w dłoniach. Był troskliwy, w taki dziwny, subtelny sposób. Nie narzucał się, a jednak jeśli ktoś uważnie patrzył to potrafił to odczuć.
Powrócili na dworzec, a raczej na jego ruinę. Część budynku była zawalona, a oni weszli w centrum zamieszania. Zrobiła krok w jego kierunku, w końcu mówił, aby się nie oddalać, a ona jak nigdy postanowiła pokornie usłuchać, by tłok jaki panował dookoła, ich nie rozdzielił. Ludzie przepychali się między nimi, biegnąć zarówno w stronę peronu, co i dworca. Panował chaos, opatulony krzykami, nawoływaniami i płaczem. Kilku mężczyzn próbowało wydobyć z gruzów przygniecionych ludzi, którzy wciąż dawali znak życia. Jak wielu takich było?
Po ziemi porozkładani byli ludzie i z początku ciężko było stwierdzić czy żyją, czy jeszcze żyją -ale zaraz umrą, czy może już są jedynie wspomnieniem.
-I widzisz? Jak na ironię, znowu zatracają się pośpiechu- rzuciła luźno, mijając chłopaka, aby ruszyć w kierunku gruzów- a jednak tym razem z innego powodu
Wtem pod nogi Theo wbiegł dzieciak, na oko miała może z pięć wiosen. Mugolskie dziecię zaniosło się płaczem, ściskając chłopaka za nogi.
Scarlett przystanęła, obracając się w ich kierunku
-Twoja dziewczyna? - rzuciła, nie mogąc powstrzymać złośliwego uśmiechu.
-Chcę do mamyyy - zaskamlało dziecię, a blondynka westchnęła, oglądając się za budynek. No to zwalił im się problem na łeb, a ona nie czuła się najlepiej.
-No już, purchlaku... nie płacz... - ukucnęła obok nich - zaraz znajdziemy twoją mamę - o ile ta jeszcze żyje, a jednak tego jeszcze nie powiedziała. Cóż, jeśli nie całą to może chociaż jej jakąś część. Trzeba było jakoś się pozbyć dzieciora, przecież jej nie zaadoptują.
-Jak się nazywa twoja mama?
-W-Wanda - zachlipiała.
-No co ty... - mruknęła tonem przesiąkniętym ironią, krzywiąc się. Wanda, ta, no oczywiście. Teraz już wszystko stało się zupełnie jasne. Przecież tylko jedna Wanda była na tym świecie i każdy ją znał.
-Nazwisko, dziecino, nazwisko... - podjęła, siląc się na łagodny ton - Jak wyglądała?
-N-nie pamiętaaaaam! - i się rozwyła, wciskając się jeszcze mocniej w chłopaka.
Scarlett wstała, spojrzała na Theo jakoby to wszystko było jego winą, bo przecież to do niego dzieciak podbiegł.
-Musisz roztaczać taką aurę? - mruknęła, a zaraz się rozejrzała. Przecież nie będą szukać jej matki pod gruzami, o ile byla pod gruzami, o ile żyła - Trzeba chyba zaczekać na przyjazd milicji... - dodała zaraz. W końcu będę mogli oddać im dzieciora. Oni znajdą jej matkę, lub jej truchło, a na pewno jakąś rodzinę dzieciaka.
-Podziękowanie za koncert, powiadasz - zerknęła odruchowo na futerał, który prócz kurzu, jaki zdążył się na nim osadzić, wyglądał dobrze. W zasadzie wyglądał o wiele lepiej niż oni.
Odłożyła futerał, aby śpiesznie go otworzyć, skrzypce były całe i zdrowe, co wywołało widoczną ulgę na jej twarzy.
Dzięki bogom. Zamknęła futerał, przerzucając go przez ramie, aby ten, trzymany na skórzanych pasach, niczym plecak ułożył się na jej plecach.
-Dzięki ci Pani, jakby były zniszczone mogłabym iść się wieszać - mruknęła do siebie, na powrót wstając.
Spojrzała na niego, a na jej ustach pojawił się uśmiech.
-Najwidoczniej wracam i to w obecności samego Mistera rzezi 72, który postanowił zaszczycić mnie swoim towarzystwem - stwierdziła rozbawiona, biorąc chusteczkę, którą przyłożyła do twarzy.
Nic tu po nas - Zgadzała się z tym stwierdzeniem.
Skinęła głową, ruszając powoli jego śladem.
-Czyli korci cię wrócić do naszego tipi? - prychnęła rozbawiona, gdy postanowili wrócić na zawalony dworzec.
Uniosła brew na jego ostatnie słowa.
-Uważaj, bo jeszcze przypadkiem pomyślę, że się martwisz - mruknęła z szelmowskim uśmiechem, zerkając na niego. Spojrzała na chusteczkę, którą dalej trzymała w dłoniach. Był troskliwy, w taki dziwny, subtelny sposób. Nie narzucał się, a jednak jeśli ktoś uważnie patrzył to potrafił to odczuć.
Powrócili na dworzec, a raczej na jego ruinę. Część budynku była zawalona, a oni weszli w centrum zamieszania. Zrobiła krok w jego kierunku, w końcu mówił, aby się nie oddalać, a ona jak nigdy postanowiła pokornie usłuchać, by tłok jaki panował dookoła, ich nie rozdzielił. Ludzie przepychali się między nimi, biegnąć zarówno w stronę peronu, co i dworca. Panował chaos, opatulony krzykami, nawoływaniami i płaczem. Kilku mężczyzn próbowało wydobyć z gruzów przygniecionych ludzi, którzy wciąż dawali znak życia. Jak wielu takich było?
Po ziemi porozkładani byli ludzie i z początku ciężko było stwierdzić czy żyją, czy jeszcze żyją -ale zaraz umrą, czy może już są jedynie wspomnieniem.
-I widzisz? Jak na ironię, znowu zatracają się pośpiechu- rzuciła luźno, mijając chłopaka, aby ruszyć w kierunku gruzów- a jednak tym razem z innego powodu
Wtem pod nogi Theo wbiegł dzieciak, na oko miała może z pięć wiosen. Mugolskie dziecię zaniosło się płaczem, ściskając chłopaka za nogi.
Scarlett przystanęła, obracając się w ich kierunku
-Twoja dziewczyna? - rzuciła, nie mogąc powstrzymać złośliwego uśmiechu.
-Chcę do mamyyy - zaskamlało dziecię, a blondynka westchnęła, oglądając się za budynek. No to zwalił im się problem na łeb, a ona nie czuła się najlepiej.
-No już, purchlaku... nie płacz... - ukucnęła obok nich - zaraz znajdziemy twoją mamę - o ile ta jeszcze żyje, a jednak tego jeszcze nie powiedziała. Cóż, jeśli nie całą to może chociaż jej jakąś część. Trzeba było jakoś się pozbyć dzieciora, przecież jej nie zaadoptują.
-Jak się nazywa twoja mama?
-W-Wanda - zachlipiała.
-No co ty... - mruknęła tonem przesiąkniętym ironią, krzywiąc się. Wanda, ta, no oczywiście. Teraz już wszystko stało się zupełnie jasne. Przecież tylko jedna Wanda była na tym świecie i każdy ją znał.
-Nazwisko, dziecino, nazwisko... - podjęła, siląc się na łagodny ton - Jak wyglądała?
-N-nie pamiętaaaaam! - i się rozwyła, wciskając się jeszcze mocniej w chłopaka.
Scarlett wstała, spojrzała na Theo jakoby to wszystko było jego winą, bo przecież to do niego dzieciak podbiegł.
-Musisz roztaczać taką aurę? - mruknęła, a zaraz się rozejrzała. Przecież nie będą szukać jej matki pod gruzami, o ile byla pod gruzami, o ile żyła - Trzeba chyba zaczekać na przyjazd milicji... - dodała zaraz. W końcu będę mogli oddać im dzieciora. Oni znajdą jej matkę, lub jej truchło, a na pewno jakąś rodzinę dzieciaka.