10.12.2024, 16:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2024, 17:31 przez Jonathan Selwyn.)
Emocje.
Za dużo emocji.
Najpierw zorientował się, że smutne oczy Jeana wciąż potrafią zasiać wątpliwości w jego umyśle.
Milczał.
Potem coś, jakiś przeklęty płomyk gorąca, zupełnie nieproszony, odzywał się gdzieś w głębi Jonathana i prawie zmusił go do zaprotestowania. Do krzyknięcia, że z ich dwójki to on zawsze kochał bardziej. To on go szanował i to on, w odwrotnej sytuacji, uszanowały decyzję kochanka o odejściu. Jakby postanowienie o powrocie do Angli było łatwe. Jakby nie bolało jeszcze przed kłótnią i jej następstwami. Jakby tak prosto było mu opuścić tego, kto ubarwił wtedy jego życie czerwienią, tak że było ono piękne. Jakby...
Milczał.
Płomień wewnątrz niego nie zgasnął, bezczelnie nieco się rozrastając, gdy Jean urwał, zamiast powiedzieć mu ze szczegółami jak wyglądał tamtej nocy.
A potem sam miał ochotę zerwać się ze swojego miejsca i rzucić w niego listami. Albo wyjść. Albo obie te rzeczy na raz.
Doświadczyć tego fascynującego świata, który mi Ciebie zabrał, który wybrałeś zamiast mnie.
Nie wierzył, że nie wiedział, jak zabrzmi treść tego listu. Bawił się z nim od samego początku? Chciał wzbudzić w nim strach, tak aby gdy już przyjedzie i wyjawi prawdę, Jonathan lepiej zareagował na jego wizytę, skoro nikomu jednak nic nie groziło? Zmienił zdanie, gdy emocje opadły i teraz naprawdę nie chciał nikogo krzywdzić, chociaż wcześniej były inaczej? Kłamał cały czas?
Zatopić w tym wszystkim zęby.
Bardzo specyficzny dobór słownictwa jak na wampira.
Kolejne emocje. Strach, gdy miał wrażenie, że Jean zaraz rzuci się na niego i złość na samego siebie, gdy już zrozumiał, że nic takiego się nie stało, a on głupio się zdenerwował. Serce biło mu od adrenaliny, nerwów i natłoku myśli.
Jaki byłby w tym sens?
A czy śmierć bliskich nie byłaby jedynie ułatwieniem porwaniach i złamania bariery oklumenty?
Przymknął na chwilę oczy.
– Zupełnie jak komedia pomyłek w jakiejś mało zabawnej historyjce miłosnej – odpowiedział uchylając powieki. – Niesamowite, że długowieczny czarodziej, znający sposób myślenia swojego kochanka, jak i nerwy, które sam wywołał, nieopacznie napisał linijkę zdania w liście, który jedynie przypadkowo można było zinterpretować jako groźbę – zaśmiał się sucho i podniósł się z miejsca, aby wiedziony głupimi myślami podejść do Jeana przy oknie. Chciał... Aby i jego emocje nim teraz targały. Jeszcze bardziej. – Wściekasz się teraz na mnie, Londyn, czy może wreszcie na samego siebie? – spytał, szepcząc my w stronę ucha, tylko po to, aby zaraz szybko się cofnąć o dwa kroki w obawie, że rozdrażnienie wampira spotka się z nagłą reakcją.
Za dużo emocji.
Najpierw zorientował się, że smutne oczy Jeana wciąż potrafią zasiać wątpliwości w jego umyśle.
Milczał.
Potem coś, jakiś przeklęty płomyk gorąca, zupełnie nieproszony, odzywał się gdzieś w głębi Jonathana i prawie zmusił go do zaprotestowania. Do krzyknięcia, że z ich dwójki to on zawsze kochał bardziej. To on go szanował i to on, w odwrotnej sytuacji, uszanowały decyzję kochanka o odejściu. Jakby postanowienie o powrocie do Angli było łatwe. Jakby nie bolało jeszcze przed kłótnią i jej następstwami. Jakby tak prosto było mu opuścić tego, kto ubarwił wtedy jego życie czerwienią, tak że było ono piękne. Jakby...
Milczał.
Płomień wewnątrz niego nie zgasnął, bezczelnie nieco się rozrastając, gdy Jean urwał, zamiast powiedzieć mu ze szczegółami jak wyglądał tamtej nocy.
A potem sam miał ochotę zerwać się ze swojego miejsca i rzucić w niego listami. Albo wyjść. Albo obie te rzeczy na raz.
Doświadczyć tego fascynującego świata, który mi Ciebie zabrał, który wybrałeś zamiast mnie.
Nie wierzył, że nie wiedział, jak zabrzmi treść tego listu. Bawił się z nim od samego początku? Chciał wzbudzić w nim strach, tak aby gdy już przyjedzie i wyjawi prawdę, Jonathan lepiej zareagował na jego wizytę, skoro nikomu jednak nic nie groziło? Zmienił zdanie, gdy emocje opadły i teraz naprawdę nie chciał nikogo krzywdzić, chociaż wcześniej były inaczej? Kłamał cały czas?
Zatopić w tym wszystkim zęby.
Bardzo specyficzny dobór słownictwa jak na wampira.
Kolejne emocje. Strach, gdy miał wrażenie, że Jean zaraz rzuci się na niego i złość na samego siebie, gdy już zrozumiał, że nic takiego się nie stało, a on głupio się zdenerwował. Serce biło mu od adrenaliny, nerwów i natłoku myśli.
Jaki byłby w tym sens?
A czy śmierć bliskich nie byłaby jedynie ułatwieniem porwaniach i złamania bariery oklumenty?
Przymknął na chwilę oczy.
– Zupełnie jak komedia pomyłek w jakiejś mało zabawnej historyjce miłosnej – odpowiedział uchylając powieki. – Niesamowite, że długowieczny czarodziej, znający sposób myślenia swojego kochanka, jak i nerwy, które sam wywołał, nieopacznie napisał linijkę zdania w liście, który jedynie przypadkowo można było zinterpretować jako groźbę – zaśmiał się sucho i podniósł się z miejsca, aby wiedziony głupimi myślami podejść do Jeana przy oknie. Chciał... Aby i jego emocje nim teraz targały. Jeszcze bardziej. – Wściekasz się teraz na mnie, Londyn, czy może wreszcie na samego siebie? – spytał, szepcząc my w stronę ucha, tylko po to, aby zaraz szybko się cofnąć o dwa kroki w obawie, że rozdrażnienie wampira spotka się z nagłą reakcją.