10.12.2024, 18:54 ✶
Słuchał opisu różdżki i dopalał tego papierosa. Bardzo, ale to bardzo zachłannie - trochę tak jak jadł. Zaciągał się na zapas, jakby musiał już go dogaszać, bo nadjeżdżał jego pociąg, a to był jeden z tych zakazujących palenia w wagonach. Wydmuchując z siebie olbrzymie ilości dymu, rzucił w ten sufit również kiepem, a później cały ten unoszący się w powietrzu bród skierował się do otwartego okna.
Może gdyby dało się tak zrobić z płucami, to nie kaszlałby aż tak? Oceniając po zębach jego wnętrzności nie mogły wyglądać jakoś wybitnie. Jak taka stara, pożółkła kanapa w domu palacza...
- Okej. O ile nie kradną ich żeby je na złość spalić, to pewnie uda mi się ją odszukać. - I to był bardzo dobry prezent do przyniesienia mu w zębach bez konieczności robienia czegoś naprawdę złego lub wbrew sobie. Odzyskanie ukochanego przedmiotu, który został skradziony. To brzmiało... Okej. Był nawet zmotywowany do działania, skoro to potencjalnie łatwa droga do sprawienia Laurentowi przyjemności.
W przeciwieństwie do słów. Słowa już chyba oficjalnie nie były jego mocną stroną i nawet nie miał siły tego ukrywać - napięty uciskał spojrzeniem gdzieś w bok. Uczepił się tak tego Egiptu. A może to dobrze. Ale nawet jeśli przestałby teraz mówić, to i tak zbudował to cholerne napięcie... Laurent już o nie pytał. Pomiędzy jakimiś żarcikami o urokach i chwaleniem go za nic, a może nawet wbrew prawdzie, bo ładnego głosu to on nie miał za nic w świecie.
Położył pudełko na swoich kolanach, żeby móc przylgnąć do niego szczelniej. „Co się stanie, kiedy wyjdzie jak skrajne opinie mamy na temat czegoś?”. Nie, nie zapyta o to. „Jak będziemy się kłócić?”. Miał nadzieję, że wcale, a nawet jeżeli pojawi się jakiś pożar, to uda mu się ugasić go swoimi manipulacjami. Ostatecznie nawet kiedy bardzo czegoś chciał, dało się to przecież zdusić dla dobra związku i wydłużenia okresu, w którym wszystko było dobrze.
- Zaciąłem się - wyjaśnił. To była w sumie prawda, tylko niepełna. Nie podał powodu - strachu przed tym, że się nakręci na jakiś temat zbyt mocno, zbyt intensywnie, a później nie zasną w swoich objęciach pełni miłości, tylko pełni wątpliwości.
Części naszej historii. To była ich teraźniejszość. Działo się tu i teraz. Te istoty cierpiały w czasie rzeczywistym, a ich nienawiść do czarodziejów narasta z każdym dniem, tak jak jego nienawiść do wyższych warstw społecznych z ledwie szczyptą wyjątków.
Połknął to razem z dwoma ostatnimi pierogami, a następnie odłożył puste opakowanie na stolik. Próbował ocenić to ile pozostawił w środku Prewett. Nie wiedział czy mu smakowało. Był wyższy od niego, ale nie ćwiczył tak intensywnie. Pewnie całymi dniami siedział.
I cholera, był tak słodki, słodszy niż to przesłodzone nadzienie.
Przysunął się jeszcze bliżej, opierając zgięte kolana na jego udach.
- Tego dnia, kiedy mi mówiłeś, że miałeś ten sen... - Ten, w którym miał skrzydła. Z tego co rozumiał to prawdziwe skrzydła, jak jakiś fresk z chrześcijańskiej kaplicy. - Ja też o tobie wtedy śniłem. Byłeś tam... Okropny. Okrutny. - Zmarszczył brwi, ale wyraz jego twarzy szybko złagodniał, kiedy zaczął bawić się jego włosami. - Posiadałeś mnie jak przedmiot, jak jakiegoś niewolnika w Ameryce przed rewolucją. - Sądząc po jego minie, ta koncepcja go bawiła. - Połowę jak nie większość zdążyłem już zapomnieć, ale nuciłeś mi tam ciągle taką jedną piosenkę, ona szła jakoś tak - wydał z siebie nosowy dźwięk mający naśladować to co zapamiętał. - Czasami wciąż ją słyszę. Coś tam coś tam, o spadających gwiazdach...
Może gdyby dało się tak zrobić z płucami, to nie kaszlałby aż tak? Oceniając po zębach jego wnętrzności nie mogły wyglądać jakoś wybitnie. Jak taka stara, pożółkła kanapa w domu palacza...
- Okej. O ile nie kradną ich żeby je na złość spalić, to pewnie uda mi się ją odszukać. - I to był bardzo dobry prezent do przyniesienia mu w zębach bez konieczności robienia czegoś naprawdę złego lub wbrew sobie. Odzyskanie ukochanego przedmiotu, który został skradziony. To brzmiało... Okej. Był nawet zmotywowany do działania, skoro to potencjalnie łatwa droga do sprawienia Laurentowi przyjemności.
W przeciwieństwie do słów. Słowa już chyba oficjalnie nie były jego mocną stroną i nawet nie miał siły tego ukrywać - napięty uciskał spojrzeniem gdzieś w bok. Uczepił się tak tego Egiptu. A może to dobrze. Ale nawet jeśli przestałby teraz mówić, to i tak zbudował to cholerne napięcie... Laurent już o nie pytał. Pomiędzy jakimiś żarcikami o urokach i chwaleniem go za nic, a może nawet wbrew prawdzie, bo ładnego głosu to on nie miał za nic w świecie.
Położył pudełko na swoich kolanach, żeby móc przylgnąć do niego szczelniej. „Co się stanie, kiedy wyjdzie jak skrajne opinie mamy na temat czegoś?”. Nie, nie zapyta o to. „Jak będziemy się kłócić?”. Miał nadzieję, że wcale, a nawet jeżeli pojawi się jakiś pożar, to uda mu się ugasić go swoimi manipulacjami. Ostatecznie nawet kiedy bardzo czegoś chciał, dało się to przecież zdusić dla dobra związku i wydłużenia okresu, w którym wszystko było dobrze.
- Zaciąłem się - wyjaśnił. To była w sumie prawda, tylko niepełna. Nie podał powodu - strachu przed tym, że się nakręci na jakiś temat zbyt mocno, zbyt intensywnie, a później nie zasną w swoich objęciach pełni miłości, tylko pełni wątpliwości.
Części naszej historii. To była ich teraźniejszość. Działo się tu i teraz. Te istoty cierpiały w czasie rzeczywistym, a ich nienawiść do czarodziejów narasta z każdym dniem, tak jak jego nienawiść do wyższych warstw społecznych z ledwie szczyptą wyjątków.
Połknął to razem z dwoma ostatnimi pierogami, a następnie odłożył puste opakowanie na stolik. Próbował ocenić to ile pozostawił w środku Prewett. Nie wiedział czy mu smakowało. Był wyższy od niego, ale nie ćwiczył tak intensywnie. Pewnie całymi dniami siedział.
I cholera, był tak słodki, słodszy niż to przesłodzone nadzienie.
Przysunął się jeszcze bliżej, opierając zgięte kolana na jego udach.
- Tego dnia, kiedy mi mówiłeś, że miałeś ten sen... - Ten, w którym miał skrzydła. Z tego co rozumiał to prawdziwe skrzydła, jak jakiś fresk z chrześcijańskiej kaplicy. - Ja też o tobie wtedy śniłem. Byłeś tam... Okropny. Okrutny. - Zmarszczył brwi, ale wyraz jego twarzy szybko złagodniał, kiedy zaczął bawić się jego włosami. - Posiadałeś mnie jak przedmiot, jak jakiegoś niewolnika w Ameryce przed rewolucją. - Sądząc po jego minie, ta koncepcja go bawiła. - Połowę jak nie większość zdążyłem już zapomnieć, ale nuciłeś mi tam ciągle taką jedną piosenkę, ona szła jakoś tak - wydał z siebie nosowy dźwięk mający naśladować to co zapamiętał. - Czasami wciąż ją słyszę. Coś tam coś tam, o spadających gwiazdach...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.