10.12.2024, 21:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2024, 22:44 przez Lorraine Malfoy.)
"Czy właśnie tak widzisz miłość? Myślisz, że nie będziesz kochana, dopóki nie wyrwiesz sobie bijącego jeszcze serca z piersi i nie oddasz drugiej osobie w ofierze?" Tak, mówiły zdradzieckie oczy Lorraine, tak, właśnie tak. Modliła się, aby desperację w jej oczach zakryła ciemność gęstniejąca wokół nich jak krew.
– Nie oddaję mojego serca każdemu – sprzeciwiła się cicho. – Jeżeli je chcesz, jest twoje. – Już jest twoje, chciała powiedzieć, od dawna jest twoje. – Wystarczy, że je przyjmiesz. – To była zła odpowiedź, ale to była też odpowiedź, która musiała paść z jej ust. Lorraine była okrutna, ale nie na tyle, by nie móc kochać Maeve z całą intensywnością swojej istoty. Nie na tyle, by pozwolić jej wątpić, w to, że zajmuje ważne – najważniejsze – miejsce w jej sercu. Na pewno nie na tyle, by pozwolić jej się czuć gorszą od mężczyzn, którzy przewinęli się przez jej łóżko i karty jej życiorysu.
Kiedy myślała o Atreusie, myślała o nim jak o pięknym śnie. Atreus był marzeniem każdej dziewczyny, był też marzeniem wili – marzeniem Lorraine, która w jego ramionach zaakceptowała swój dualizm. Atreus był niedyś jej ideałem, niedoskonałym, ale przez to prawdziwszym. Wszyscy bohaterowie średniowiecznych romansów rycerskich, które tak lubiła, nosili jego twarz, chociaż nie miała złudzeń, że jego kodeks postępowania znacząco różni się od rycerskiego kodeksu, podobnie jak i ona różniła się od damy godnej rycerskiego serca. Gdyby miało mu to zapewnić awans na wymarzony stołek zapewne by ją sprzedał. Błędny rycerz, próbujący zgrywać bohatera... Jak gdyby chciał uciszyć wyrzuty sumienia, że wykorzystuje do własnych celów informacje zdobyte dzięki wpływom Lorraine w półświatku. Tym samym półświatku, którym pogardzał, i przed którego niebezpieczeństwami chciał ją przecież – na swój pokrętny sposób – chronić. Żałosne, pomyślała, żałosne, tak jak i on był żałosny, ale Lorraine zawsze lubiła żałosnych mężczyzn: sama była żałosna, bo wciąż widziała w nim szczątki swego romantycznego ideału. Nie wybaczyła mu nigdy tego, że ją zostawił. Nie wybaczyła mu, że ją zostawił – wtedy, kiedy bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała kogoś, kto by ją pocieszył – bo ona nigdy by go nie zostawiła w takiej sytuacji.
Nie, nie była racjonalna. Nie była względem niego sprawiedliwa. Nie byli już wtedy razem od prawie roku, nie mogła więc wymagać, aby był z nią, kiedy Miranda umarła. Nie miała jednak wtedy miejsca na racjonalność, miała miejsce tylko na ból. Lorraine uważała, że niektóre rzeczy na zawsze zmieniają ludzi, a śmierć Mirandy była jedną z takich rzeczy. Nie potrafiła wybaczyć Atreusowi, choć nie ciążyła na nim żadna wina – nie powinna mu wybaczyć, utwierdzała się w swoim przekonaniu za każdym razem, kiedy powracał między nimi temat Otto. Otto, zazdrosny smok, strzegący księżniczki zamkniętej w wieży, Otto, potwór, który w mniemaniu Atreusa zasługiwał na to, aby zakuć go w łańcuchy – zgładzić – jak to czyniło się z potworami w bajkach... Nie rozumiejąc, że smocze skrzydła dawały księżniczce schronienie. Błędny rycerz, który zabiłby smoka, nie znalazłby księżniczki. Znalazłby pustą wieżę.
Lorraine nie potrzebowała miłości z rycerskiego romansu, tylko kogoś obok. Zaskakująco łatwo było pokochać Otto. On nigdy nie oczekiwał od niej więcej, niż była w stanie dać, i to było dobre – to było dobre, tak jak i on był dla niej dobry – to było dobre, i na swój sposób bardziej szczere niż to, co miała z Atreusem. Właśnie dlatego była z Otto, a nie z nim. Otto nie skrzywdził Lorraine. Otto dał jej stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, dał jej też kontrolę i przestrzeń, dał jej to, czego potrzebowała. Nie rozumiał jej, nie musiał rozumieć – wystarczyło, że jej nie zostawił. Wystarczyło, że był.
Maeve nie była rycerzem, nie była smokiem, była ponad te fantazje, bo mogła się przeobrazić w każdą z nich. Lorraine nie musiała jej do niczego porównywać. Maeve była czymś, czego nie dało się okiełznać prostą definicją. Maeve była w jej fantazjach Maeve.
Maeve była wszystkim.
– Kocham cię, Maeve – powiedziała Lorraine, wpatrując się w gwarną ulicę. Oparła się swobodnie o barierkę, na tyle blisko Maeve, aby ich ramiona mogły stykać się ze sobą bez jednoczesnego przytłoczenia wilą fizycznością. – Nie mówię tego wystarczająco często. – Nie pamiętała, kiedy ostatni raz wypowiedziała te słowa na głos. Miłość nie była jej pierwszym językiem. Mogła nią oddychać, mogła jej smakować, dotykać, żyć nią, ale nie potrafiła o niej mówić. Miłość – zawsze bardzo ostrożnie wypowiadała to słowo. Obracała je na języku, badając nieufnie syczące głoski, akcentowała na różne sposoby, próbując znaleźć ten jeden, właściwy.
– Miłość to mój puls, to krew, która mnie stworzyła. Miłość płynie w moich żyłach. Jak mam cię kochać, jeżeli nie pozwalasz mi ich dla ciebie otworzyć? – Wreszcie na nią spojrzała. Jeżeli tylko Maeve na to pozwoliła, ujęła jej dłonie jak gdyby chciała złożyć w nich swoje serce, te same, które jej przyobiecała. – Jak mam cię kochać, najdroższa? – powtórzyła pokornie, z wyraźnym przejęciem malującym się na twarzy. – Pokaż mi, jak mam cię kochać.
Miłość Lorraine zawsze musiała być zmieszana z okrucieństwem. Nigdy nie wiadomo, gdzie kończyło się jedno, a zaczynało drugie. Była okrutna, będąc najbardziej czułą, maskując okrucieństwo czułościami. Była najbardziej czuła, gdy dopuszczała się okrucieństw. Z Maeve, miłość po raz pierwszy była taka, jaka powinna być miłość. Nie bolała.
Maeve mogła w niej widzieć to, co najlepsze, bo Lorraine wreszcie była w stanie dać, to, co w niej najlepsze.
– Nie oddaję mojego serca każdemu – sprzeciwiła się cicho. – Jeżeli je chcesz, jest twoje. – Już jest twoje, chciała powiedzieć, od dawna jest twoje. – Wystarczy, że je przyjmiesz. – To była zła odpowiedź, ale to była też odpowiedź, która musiała paść z jej ust. Lorraine była okrutna, ale nie na tyle, by nie móc kochać Maeve z całą intensywnością swojej istoty. Nie na tyle, by pozwolić jej wątpić, w to, że zajmuje ważne – najważniejsze – miejsce w jej sercu. Na pewno nie na tyle, by pozwolić jej się czuć gorszą od mężczyzn, którzy przewinęli się przez jej łóżko i karty jej życiorysu.
Kiedy myślała o Atreusie, myślała o nim jak o pięknym śnie. Atreus był marzeniem każdej dziewczyny, był też marzeniem wili – marzeniem Lorraine, która w jego ramionach zaakceptowała swój dualizm. Atreus był niedyś jej ideałem, niedoskonałym, ale przez to prawdziwszym. Wszyscy bohaterowie średniowiecznych romansów rycerskich, które tak lubiła, nosili jego twarz, chociaż nie miała złudzeń, że jego kodeks postępowania znacząco różni się od rycerskiego kodeksu, podobnie jak i ona różniła się od damy godnej rycerskiego serca. Gdyby miało mu to zapewnić awans na wymarzony stołek zapewne by ją sprzedał. Błędny rycerz, próbujący zgrywać bohatera... Jak gdyby chciał uciszyć wyrzuty sumienia, że wykorzystuje do własnych celów informacje zdobyte dzięki wpływom Lorraine w półświatku. Tym samym półświatku, którym pogardzał, i przed którego niebezpieczeństwami chciał ją przecież – na swój pokrętny sposób – chronić. Żałosne, pomyślała, żałosne, tak jak i on był żałosny, ale Lorraine zawsze lubiła żałosnych mężczyzn: sama była żałosna, bo wciąż widziała w nim szczątki swego romantycznego ideału. Nie wybaczyła mu nigdy tego, że ją zostawił. Nie wybaczyła mu, że ją zostawił – wtedy, kiedy bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała kogoś, kto by ją pocieszył – bo ona nigdy by go nie zostawiła w takiej sytuacji.
Nie, nie była racjonalna. Nie była względem niego sprawiedliwa. Nie byli już wtedy razem od prawie roku, nie mogła więc wymagać, aby był z nią, kiedy Miranda umarła. Nie miała jednak wtedy miejsca na racjonalność, miała miejsce tylko na ból. Lorraine uważała, że niektóre rzeczy na zawsze zmieniają ludzi, a śmierć Mirandy była jedną z takich rzeczy. Nie potrafiła wybaczyć Atreusowi, choć nie ciążyła na nim żadna wina – nie powinna mu wybaczyć, utwierdzała się w swoim przekonaniu za każdym razem, kiedy powracał między nimi temat Otto. Otto, zazdrosny smok, strzegący księżniczki zamkniętej w wieży, Otto, potwór, który w mniemaniu Atreusa zasługiwał na to, aby zakuć go w łańcuchy – zgładzić – jak to czyniło się z potworami w bajkach... Nie rozumiejąc, że smocze skrzydła dawały księżniczce schronienie. Błędny rycerz, który zabiłby smoka, nie znalazłby księżniczki. Znalazłby pustą wieżę.
Lorraine nie potrzebowała miłości z rycerskiego romansu, tylko kogoś obok. Zaskakująco łatwo było pokochać Otto. On nigdy nie oczekiwał od niej więcej, niż była w stanie dać, i to było dobre – to było dobre, tak jak i on był dla niej dobry – to było dobre, i na swój sposób bardziej szczere niż to, co miała z Atreusem. Właśnie dlatego była z Otto, a nie z nim. Otto nie skrzywdził Lorraine. Otto dał jej stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, dał jej też kontrolę i przestrzeń, dał jej to, czego potrzebowała. Nie rozumiał jej, nie musiał rozumieć – wystarczyło, że jej nie zostawił. Wystarczyło, że był.
Maeve nie była rycerzem, nie była smokiem, była ponad te fantazje, bo mogła się przeobrazić w każdą z nich. Lorraine nie musiała jej do niczego porównywać. Maeve była czymś, czego nie dało się okiełznać prostą definicją. Maeve była w jej fantazjach Maeve.
Maeve była wszystkim.
– Kocham cię, Maeve – powiedziała Lorraine, wpatrując się w gwarną ulicę. Oparła się swobodnie o barierkę, na tyle blisko Maeve, aby ich ramiona mogły stykać się ze sobą bez jednoczesnego przytłoczenia wilą fizycznością. – Nie mówię tego wystarczająco często. – Nie pamiętała, kiedy ostatni raz wypowiedziała te słowa na głos. Miłość nie była jej pierwszym językiem. Mogła nią oddychać, mogła jej smakować, dotykać, żyć nią, ale nie potrafiła o niej mówić. Miłość – zawsze bardzo ostrożnie wypowiadała to słowo. Obracała je na języku, badając nieufnie syczące głoski, akcentowała na różne sposoby, próbując znaleźć ten jeden, właściwy.
– Miłość to mój puls, to krew, która mnie stworzyła. Miłość płynie w moich żyłach. Jak mam cię kochać, jeżeli nie pozwalasz mi ich dla ciebie otworzyć? – Wreszcie na nią spojrzała. Jeżeli tylko Maeve na to pozwoliła, ujęła jej dłonie jak gdyby chciała złożyć w nich swoje serce, te same, które jej przyobiecała. – Jak mam cię kochać, najdroższa? – powtórzyła pokornie, z wyraźnym przejęciem malującym się na twarzy. – Pokaż mi, jak mam cię kochać.
Miłość Lorraine zawsze musiała być zmieszana z okrucieństwem. Nigdy nie wiadomo, gdzie kończyło się jedno, a zaczynało drugie. Była okrutna, będąc najbardziej czułą, maskując okrucieństwo czułościami. Była najbardziej czuła, gdy dopuszczała się okrucieństw. Z Maeve, miłość po raz pierwszy była taka, jaka powinna być miłość. Nie bolała.
Maeve mogła w niej widzieć to, co najlepsze, bo Lorraine wreszcie była w stanie dać, to, co w niej najlepsze.