- Być może. Znam ją z Nokturnu. - Pewnie poza tym miejscem, w mugolskich dzielnicach, poza Londynem, też ją gdzieś przyśpiewywali - ale Laurent był grzecznym chłopcem, kiedy tylko wychodził z Nokturnu.
- Po tamtym śnie po raz pierwszy się modliłem. - Czy nie wydukał czegoś takiego? Że jego modlitwy zostały wysłuchane, kiedy leżał w tamtej wannie? Mógłby tak spędzać każdy wieczór, albo i nawet każdą minutę swojego życia. W tym idyllicznym pozorze trwania, kiedy człowiek przestawał być tylko człowiekiem i stawał się odmiennej maści, miękkiej treści. Tam łączyła się delikatność z szorstkością dotyku - osiągnięty stan perfekcji nie wynosił do boskości. On wynosił ponad chmury, ponad kosmos. Zabierał w podróż drogą mleczną pomiędzy milionami lśniących punktów. Każdy z nich tylko podkreślał wyjątkową czerń piór, która tam zabierała. Wystarczyła jedna myśl o tym, żeby ciepło wędrujących po jego ciele dłoni Flynna sięgnęło jego serca - tak i oczu, tak i uśmiechu. - Modliłem się, żeby tam wrócić, bo nie chciałem być dłużej tutaj, a morze... morze jest zbyt zimne i samotne. - To był znów delikatny moment poruszenia głową, kiedy skierował wzrok na widok za oknem. Ten błękit zapominał, gdzie kończyła się ziemia, a gdzie zaczynało niebo. Przy dotyku Flynna łatwo
było zapomnieć, gdzie kończyło się twoje własne ciało, a już było jego ciałem. - Z 'tylko snów' nie wynosi się kamieni, które do kogoś kiedyś należały i informacji, które nie powinny być dla nas dostępne. Tylko sny... - przechylił leniwie głowę na bok i podparł ją na zgiętych palcach. Drugą trzymał na udzie Flynna. - Której nocy śnił mi się mężczyzna, który próbował mnie zabić. Obudziłem się w kałuży własnej krwi, a blizna z tego snu została mi do dzisiaj. - Spojrzał znów na Flynna. - Wiesz, jaki moment był najgorszy? - Wysunął dłoń spod swojego policzka i wyciągnął ją do ramienia Flynna. Spoglądał na ruch swoich palców. Lubił jego ramiona. Nie były szerokie jak u atlety, ale czuł każde drgnięcie mięśni pod jego skórą. Lubił tę tę skórą, która nie była taka idealnie gładka i nosiła każdy ślad zniszczenia, jaki przeszedł ten człowiek. Mógłby ucałować każdą z nich - zniknęłyby? Niedługo po bliznach Laurenta wiele nie zostanie, albo nawet nic - w końcu dbał o nie dzięki maści, którą dostał od Victorii. Ale te blizny... ciekawe, czy Flynn chciałby się pozbyć choćby jednej z nich. - Najgorszy był moment, kiedy przestałem się modlić. Kiedy zgasła ostatnia świeca, nikt nie rozpalił mi dwóch kolejnych za jedną ugaszoną. I nastała ciemność. - Zgasła nadzieja. Czy to było poetyckie? Oj, było. Ale przecież było bardzo dosłownym wydarzeniem z tego snu. - Mówię o nadziei. O tym, jak zgasnąć potrafi ostatnia iskra nadziei. - Wyjaśnił więc w bardzo prostych słowach - trochę ciekaw, czy teraz ten monolog go zirytował. W blondynie nie było smutku, kiedy o tym mówił - nawet uśmiechnął się uroczo, przymrużając oczy, kiedy otrzymał całuska w polika. - Po tym śnie? - Zapytał do tego stwierdzenia o "tamtym dniu". Czy naprawdę traktował go inaczej..?