Zazwyczaj starała się nad sobą w jakikolwiek sposób panować, dzisiaj tego nie robiła. Była zmęczona, rozbita, a do tego on zaczął jej dokładać te swoje wysrywy. Każdy miał swoje granice, najwyżej te jej zupełnie przestały istnieć. Nie zdarzało się to często, ostatnio chyba tak pękła podczas jednej z rozmów ze swoim młodszym bratem. Jak widać tylko najbliżsi potrafiali w niej wzbudzać takie silne i negatywne emocje, chociaż wtedy nie było, aż tak źle. Teraz zaczęło do niej dochodzić, że przegięła, że niepotrzebnie zmieniła postawę, że to dało odwrotny efekt, do tego który oczekiwała. Poparzyła siebie i najwyraźniej sparzyła również Ambroisa. Brawo Geraldine wszystko co robisz jest strasznie przemyślane. Może tutaj był właśnie pies pogrzebany, bo ani sekundy nie zastanawiała się nad tym, co mówiła. Rzucała tymi słowami bez namysłu. On robił to samo, nie wydawało jej się, aby do końca myślał nad tym, po co sięga, w które miejsca uderza. To bolało, nie miała pojęcia, czy zdawał sobie sprawę, jak bardzo. Nigdy nie chciała doprowadzić do takiej kłótni, nie chciała rzucać takimi posranymi oskarżeniami, które nie miały żadnego sensu i nic nie znaczyły, to nie było to, co faktycznie czuła, dlaczego więc to robiła? Broniła się w ten nie do końca przemyślany sposób. Najlepszą obroną był atak, czy coś. Nie była dzisiaj w najlepszej formie, dlatego wylądowała w tym miejscu. To wcale jej nie pomagało, każde wypowiedziane przez nią słowo uświadamiało ją, że znajdowała się na samym dnie i najwyraźniej nie miała jak się z niego wydostać. Być może był to dzień w którym faktycznie przyjdzie jej utonąć? Nie chciała tego sprawdzać, ale sama pomogła się sobie tam znaleźć.
Nie rzucała słów na wiatr - zazwyczaj. Wszystko co padło z jej ust było prawdziwe, naprawdę była skłonna się poświęcić dla niego, zrobić praktycznie wszystko, skoczyć za nim w ogień. Tyle, że kiedy zaczął uderzać w nią tymi wszystkimi epitetami pękła. Naprawdę mocno ją to zabolało. Brakowało jej dzisiaj cierpliwości, aby to wszystko ignorować, może gdyby to był inny dzień, to umiałaby się powstrzymać, to ona byłaby ich głosem rozsądku - tak, na pewno, w przypadku ich dwoje zdecydowanie brakowało chociaż odrobiny rozwagi.
Potrafili się kochać, jak nikt inny, przynajmniej tak się jej zawsze wydawało, ale nienawidzić umieli równie mocno. Emocje, którymi w siebie rzucali zawsze były wyjątkowo silne, tutaj nigdy nie było miejsca na obojętność. Tyle, że jeszcze nigdy nie wylali na siebie takiego wiadra pomyj, to jeszcze im się nie zdarzyło. Zabrakło im dzisiaj hamulców, czuła, że zaczęła spadać, bardzo szybko, ale nie sama, on spadał z nią, tyle, że leciał gdzieś obok.
- Od kiedy potrzebujesz dowodów? - Jeszcze tego brakowało, żeby musiała udowadniać mu, że faktycznie tak myślała. Zwątpił w nią, najwyraźniej przez to wszystko, co z siebie wylała przestał wierzyć w jej intencje. To też bolało, ciągle coraz mocniej w nią uderzał. Niedługo pewnie nie będzie z niej co zbierać. Walka z demonem wydawała się być przy tym, co się teraz między nimi działo błahostką.
- Bo cię kocham, kochałam, będę kochać, ale tego nie chcesz. Czy w ogóle kiedykolwiek tego chciałeś? - Całkiem łatwo przychodziło jej odwracanie kota ogonem, tak nie można było tego nie zauważyć, broniła się jak potrafiła, robiła to jednak bardzo po omacku. - Czekałam, aż postanowisz mnie zostawić i to zrobiłeś, to była granica, jak widać, nie myliłam się, że ten moment nadejdzie. - To był jej największy strach, od wielu lat. Bała się, że go kiedyś straci, w przenośni, czy dosłownie i doszło do tego. Ciągnęło się to za nią do dzisiaj, nadal czuła się niepewnie, zresztą jak widać słusznie - nie miał wobec niej jasnych zamiarów. Niby ją kochał, a jednak nie chciał znowu włazić do tej samej rzeki. Nie chciał znowu próbować, to ją bolało. Jasne, mówił, że problem nie leżał w niej, tylko jakby się poczuł gdyby był na jej miejscu, gdyby usłyszał to wszystko, a dodatkowo brakowało w tym konkretów? Jak by mu z tym było?
- Ty nie chciałeś wypuścić mnie ze złotej klatki, ty usilnie próbowałeś mnie chronić, chuj jeden wie przed czym, myślałam o tym, że będę matką twojego dziecka, ale na to też nie zasłużyłam. - Brnął coraz głębiej w tych swoich zarzutach, zaczynało jej się powoli ulewać. Czy bał się, że jego ewentualny dzieciak, skończyłby jak on sam? Pozostawiony bez matki, czy o to mu chodziło? Czy spodziewał się, że mogłaby zrobić coś takiego? Jasne, wolność była dla niej dość istotna, ale przecież przy nim naprawdę się ograniczała, chyba nie dawała mu powodów do wątpliwości. Chociaż teraz, teraz już nie wiedziała nic. Zbyt wiele myśli przychodziło jej do głowy, za bardzo w nią to wszystko uderzało, nie była gotowa do takiego starcia. Zaczęła się plątać w tym, co było prawdą, co fikcją, co chciała, czego nie chciała powiedzieć. Musiała złapać oddech, nie powinna była kontynuować tej kłótni, zdecydowanie to nie przynosiło niczego dobrego.
Była pewna tego, co sama czuła, jednak nie umiała stwierdzić, czy on nie mydlił jej oczu, nie umiała zrozumieć tego, o czym jej wcześniej mówił, że chciałby z nią być, że będzie ją kochał, ale jednak próbował ją od siebie odsunąć, dla niej to nie było wcale takie jasne. Szczególnie, że później, kiedy próbowała jakoś zmienić sposób jego rozumowania sięgnął naprawdę nisko, aby ją do siebie zrazić. To zadziałało, miała niby wpaść mu w ramiona i udać, że tego nie słyszała? Poruszyło ją to, zapewne dużu bardziej niż powinno.
- Bo kurwa próbuję zrozumieć cokolwiek z tego, co się tutaj wydarzyło. - Cóż, niestety to chyba też nie było jej pisane. Zabrnęli za daleko, wylali na siebie całą tę gorycz i nie spodziewała się, że szybko o tym zapomną. Powinni przeczekać ten chwilowy kryzys, ale tym razem tego nie zrobili, nie byli ostrożni postanowili uderzać dalej, niedługo już faktycznie nie będzie czego zbierać.
Nie do końca wiedziała dokąd powinna się udać. Nie chciała zostać w tym domu, nie chciała dłużej tu być, zresztą zawsze czuła się nieswojo w tym miejscu bez niego. Nie należało ono do niej, była tu intruzem, teraz miała pozostać zwyczajnym widmem, które snułoby się po tym domu.
Minęła krótka chwila nim wyszła z sypialni. Próbowała się uspokoić, jednak szło jej to raczej średnio. Nie mogła się pozbyć z głowy tych wszystkich słów, którymi w nią dzisiaj uderzył. To nie była ona, nie była taka jak ją widział, przynajmniej nie w tej części rozmowy, która najbardziej wbiła się jej w pamięć. Marzyła przecież o tym, żeby kiedyś stali się rodziną, potrafiła sobie wyobrazić ich razem, kiedy będą zdecydowanie w gorszej formie, tutaj, dokładnie w tym miejscu, leżąc wtuleni w siebie przy kominku, tak jak robili wcześniej wiele razy. W ten sposób widziała swoją przyszłość, tak miała ona wyglądać. Zostało to jej odebrane po raz kolejny. Jak w ogóle mógł wątpić w to, co do niego czuła. Nie widział jej poświęcenia, naprawdę nie dostrzegał, jak bardzo się starała, żeby było im dobrze. Bez mniejszego zawahania ograniczała sama sobie swoją wolność, nałożyła na siebie smycz, nigdy mu tego nie wyrzygała. Zmieniła swój styl życia po to, aby mogli stworzyć coś razem, coś stałego, a on teraz wątpił w jej zamiary? Naprawdę? Potrzebował dowodów, argumentów? Zacisnęła mocniej dłonie w pięści i poczuła, że paznokcie zaczeły jej się wbijać w ich wnętrze. Otworzyła je i dostrzegła krew. Nie był to pierwszy raz, kiedy jej się coś takiego przytrafiło, zawsze, gdy sobie nie radziła reagowała w ten sposób, był to odruch, nad którym nie umiała zapanować.
Nasłuchiwała, kryła się w cieniu niczym duch, nie miała pojęcia, czy już stąd wypierdolił, czy nadal znajdował się w tym domu. Nie wiedziała, czy chciałaby znowu spojrzeć mu w oczy. Nie miała pojęcia, jak powinna zareagować, nie umiała znaleźć rozwiązania. Przytłoczyło ją to wszystko. Straciła kontrolę, tak właściwie to wydawało jej się, że oboje stracili. Poniosło ich zdecydowanie za daleko. Miała wrażenie, że nie do końca tego oczekiwali po wizycie w tym miejscu, jak widać los miał inne plany, co do ich dwójki. Nie mieli prawa nawet do jednego pełnego, szczęśliwego dnia. Szybko się wszystko spierdoliło.
Stawiała kroki bardzo cicho, jakby faktycznie unosiła się nad ziemią. Nie było to wcale takie trudne, szczególnie, że szła boso, jedyne co mogło ją zdradzić to te drewniane deski na podłodze. Często dawały znać o tym, że ktoś się zbliża.
Nie chciała póki co stanąć z nim twarzą w twarz, a słyszała, że jest gdzieś w domu. Może powinna wrócić do sypialni, zamknąć się tam, niczym w jakimś bezpiecznym azylu i przeczekać? Wątpiła jednak w to, że jeśli to zrobi, to jeszcze go tutaj zastanie. Wydawało jej się, że naprawdę był skłonny wypierdalać stąd, dokładnie tak, jak mówił. Widziała to w jego oczach, chyba jeszcze nigdy nie wkurwił się na nią, aż tak bardzo, a miał ku temu naprawdę wiele sposobności. To musiał być ten najgorszy moment, a przecież jeszcze chwilę wcześniej leżeli w swoich objęciach, jakby jutra miało nie być. To zdecydowanie jej się bardziej podobało, to tego potrzebowała, a nie tego, co wydarzyło się później. Nogi miała jak z waty, ledwie sunęła nimi po tej podłodze, zrobiło jej się ciężko, bardzo ciężko, wszędzie - na nogach, na sercu, był to okropny ciężar, którego nie umiała udźwignąć. Potrzebowała jakichś silnych bodźców, żeby o tym zapomnieć, żeby się czymś zająć, może powinna się uchlać w trupa, to przecież zawsze pomagało, chociaż na chwilę by się znieczuliła. Później by do niej wróciło, na pewno ze zdwojoną siłą, ale czy powinna się tym teraz martwić? To chyba nie był odpowiedni moment. Co innego mogła zrobić, nie chciała ciągnąć tej kłótni, bo nie przyniosła im ona niczego dobrego, nie dostała żadnych wyjaśnień, nie dostali pożegnania, na które zasługiwali - nie dostali właściwie niczego poza tym ogromnym wkurwem, który ich wypełniał.
Usłyszała dźwięk otwierających się drzwi. Chyba faktycznie to zrobił, faktycznie postanowił znowu ją zostawić. Powinna się tego spodziewać, czyż nie? To nie byłby pierwszy raz, zrobił to nawet nieco bardziej humanitarnie - bo przecież powiedział jej o tym, że będzie stąd wypierdalał. Tak, czy siak zabolało ją to, nie spodziewała się, że dojdzie między nimi dzisiaj do takiej eskalacji, może powinna to założyć? Oszukiwali się, to nie miało żadnego sensu. Tak właściwie to w tej chwili nic nie miało dla niej sensu.
Powoli, ruszyła w stronę tych nieszczęsnych drzwi, po co? Chciała zobaczyć jego oddalającą się sylwetkę? Chuj jeden wiedział. Zresztą jeśli miał zamiar spierdolić stąd naprawdę szybko, to pewnie po prostu by się teleportował. Nie sądziła, żeby te wszystkie zabezpieczenia, które kiedyś tworzył jeszcze działały, one również zamieniły się w ruinę, tak samo jak cała reszta.
Drzwi były otwarte, udało się jej do nich dotrzeć nim wiatr pierdolnąłby jej nimi w twarz. Zrobiła krok w przód, na horyzoncie nie widziała niczego poza ciemnym niebem, kilkoma gwiazdami. Nie było go tutaj. Chyba zdecydował się odejść. Dopiero po chwili, kiedy wychyliła się za drzwi dostrzegła, że jej założenia były błędne. Nie powinna była go skreślać. Dlaczego im to robiła, dlaczego sobie to robiła, dlaczego mu to robiła? Tyle niepotrzebnego żalu się z nich dzisiaj wylało. Nie wiedziała po co.
Bez słowa go minęła, o kilka kroków. Nie sądziła, że powinna się odzywać, to nie przynosiło im niczego dobrego. Zdecydowanie lepiej było, kiedy milczeli. Zresztą, czy kiedykolwiek, przy kimkolwiek jej się równie dobrze milczało? Nie. Tego też była pewna.
Usiadła tuż obok niego. Nie miała pojęcia, czy chciał ją widzieć, czy nie miał ochoty już kiedykolwiek na nią patrzeć. Czuła, że to jest właściwe. Przymknęła oczy i pozwalała na to, aby chłodny wiatr plątał jej włosy. Próbowała przy tym zrozumieć, co właściwie się między nimi wydarzyło, ale nie umiała tego zrobić. Nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia. Powinna się odezwać, przeprosić go? Czy to niczego by nie zmieniło, już nie wiedziała jak do niego dotrzeć, dlatego po prostu siedziała i czekała chuj wie na co.