11.12.2024, 11:00 ✶
– Dlaczego nie? – spytała Mackenzie, przekrzywiając lekko głowę. – Jeśli nie ty nimi rzucałeś, to czemu masz to sprzątać? To jest praca woźnego.
Ten oczywiście bardzo by narzekał, na duchy i niewdzięczną młodzież, rzecz w tym, że Mackenzie Greengrass miała pewien problem z autorytetami i na pewno jako takiego nie traktowała krzykliwego woźnego.
Za każdą pracę należał się szacunek. To miała wbite do głowy bardzo mocno, bo zdarzało się jej sprzątać u kogoś czy zajmować się ogródkiem w zamian za parę knutów. Ale jeśli ktoś próbował zrzucać tę na dzieci, to nie zasługiwał na ani odrobinę poważania.
Greengrass umiała bardzo dobrze starać się nie zdenerwować matki, ale już próby unikania sprawiania przykrości czy denerwowania innych przekraczały jej umiejętności.
Obserwowała go faktycznie, dość podejrzliwie, jakby tylko czekała aż Jessie zacznie ciskać w nią częściami zbroi. Ku jej zdziwieniu faktycznie zabrał się zamiast tego za sprzątanie, i omal nie zamrugała ze zdziwienia, bo takiego zachowania spodziewałaby się raczej po Puchonach niż po Krukonach.
I miała już nawet po prostu przejść pomiędzy porozrzucanymi fragmentami zbroi, zanim faktycznie pojawią się tu jacyś nauczyciele albo woźny i zaczną oskarżać ich o stworzenie tego całego bałaganu, kiedy jej szata nagle została pociągnięta i zarzucona jej na głowę. A Mackenzie, odruchowo próbując jednocześnie zrzucić ją z siebie i się odwrócić, potknęła się o porzuconą na podłodze głowę jednej ze zbroi i runęła na podłogę, z hukiem tym głośniejszym, że hełm uciekł jej spod nogi i uderzył o ścianę.
– Irytek!!! – wściekła się Mackenzie, gdy wreszcie coś w jej głowie zaskoczyło i zrozumiała, kto był odporny za ten cały bałagan. Chwilę później rozległ się złośliwy rechot, który potwierdził wszystkie podejścia. Udało się jej odplątać z szaty w samą porę, by złapać rękawicę rycerską, którą duch próbował cisnąć prosto w jej głowę.
I bardzo wściekła Greengrass poderwała się, by odwdzięczyć się tym samym – rzuciła schwyconą rękawicą dokładnie tak, jak rzucała kaflem, w irytującego poltergeista.
Ten oczywiście bardzo by narzekał, na duchy i niewdzięczną młodzież, rzecz w tym, że Mackenzie Greengrass miała pewien problem z autorytetami i na pewno jako takiego nie traktowała krzykliwego woźnego.
Za każdą pracę należał się szacunek. To miała wbite do głowy bardzo mocno, bo zdarzało się jej sprzątać u kogoś czy zajmować się ogródkiem w zamian za parę knutów. Ale jeśli ktoś próbował zrzucać tę na dzieci, to nie zasługiwał na ani odrobinę poważania.
Greengrass umiała bardzo dobrze starać się nie zdenerwować matki, ale już próby unikania sprawiania przykrości czy denerwowania innych przekraczały jej umiejętności.
Obserwowała go faktycznie, dość podejrzliwie, jakby tylko czekała aż Jessie zacznie ciskać w nią częściami zbroi. Ku jej zdziwieniu faktycznie zabrał się zamiast tego za sprzątanie, i omal nie zamrugała ze zdziwienia, bo takiego zachowania spodziewałaby się raczej po Puchonach niż po Krukonach.
I miała już nawet po prostu przejść pomiędzy porozrzucanymi fragmentami zbroi, zanim faktycznie pojawią się tu jacyś nauczyciele albo woźny i zaczną oskarżać ich o stworzenie tego całego bałaganu, kiedy jej szata nagle została pociągnięta i zarzucona jej na głowę. A Mackenzie, odruchowo próbując jednocześnie zrzucić ją z siebie i się odwrócić, potknęła się o porzuconą na podłodze głowę jednej ze zbroi i runęła na podłogę, z hukiem tym głośniejszym, że hełm uciekł jej spod nogi i uderzył o ścianę.
– Irytek!!! – wściekła się Mackenzie, gdy wreszcie coś w jej głowie zaskoczyło i zrozumiała, kto był odporny za ten cały bałagan. Chwilę później rozległ się złośliwy rechot, który potwierdził wszystkie podejścia. Udało się jej odplątać z szaty w samą porę, by złapać rękawicę rycerską, którą duch próbował cisnąć prosto w jej głowę.
I bardzo wściekła Greengrass poderwała się, by odwdzięczyć się tym samym – rzuciła schwyconą rękawicą dokładnie tak, jak rzucała kaflem, w irytującego poltergeista.