Gdyby Laurent wybrał się do terapeuty i szczerze zaczął opowiadać o wszystkim, co przeżył, to lista jego traum byłaby bardzo długa. Zaczynałaby się już w latach dziecięcych. W przerażeniu śmiercią i niezrozumieniu, dlaczego nieruszającego się ciała nie da się dobudzić. gdyby poszedł - bo poszedł. Raz. I ta wycieczka była kolejną traumą wliczoną do koralików, z których splatano śliczny naszyjnik na szyję. Flynn by go nosił. On lubił brzydotę, która wyrastała z pozornego piękna.
To było niezwykłe, że ten skomplikowany człowiek potrafił przejść z całkowitego strachu przed wypowiedzeniem prostego "tak" do snucia takich opowieści. Laurent je uwielbiał - historie smutne, wesołe, pouczające i te całkowicie nierealne. Mimo miłości do własnego głosu - tak, lubił milczeć. Lubił słuchać. Bardzo lubił słuchać innych ludzi - nie czuł się dobrze tylko tam, gdzie między tym słuchaniem nie było miejsca na to, żeby mógł świecić w swoim blasku reflektorów. Chociaż trochę, chociaż czasami... w przerwach od tego, kiedy z takim umiłowaniem kierował światła na scenę drugiej strony.
Och, lubił to. Jego głowa na jego nogach - nie ważne, w jak dziwnej pozycji, a Flynn wiercił się nieustannie, ruszał nieustannie i przybierał pozycje tak dziwne, że Laurent nawet nie pytał "tobie tak wygodnie?". Czasem głupie pytania wysuwały się z jego ust, ale to nie było jednym z nich... na razie. Nigdy nie mów nigdy. To była jego równoważnia dla potrząśnięcia, jakie wywołał Kruk swoją opowieścią. Myśleć o tym, że umysł aż tak mocno zakręcał koło, że traciłeś zupełnie kontakt z rzeczywistością. Drżenie zaczynało się od mózgu i schodziło w dół, a przecież od razu przychodziła też racjonalizacja. Laurent, ty kiedyś za dużo brałeś. To mogło się wydarzyć. A kamień? Nie wiem, może... może gdzieś się zabłąkał... A sen o mordercy? Przestań, nie wiem... Były rzeczy, których nie potrafili mu wyjaśnić nawet osoby z Trzecim Okiem. Tłumaczyć mu je jednak próbował Flynn.
- Tutaj, z tobą, czuję się o wiele lepiej. - Ponieważ to nie jest sen. - Kiedy poszedłeś to przez chwilę bardzo się stresowałem, że to jednak też sen.
Nadeszło pytanie, a wraz z nim przechylenie planszy. Zderzające się ze sobą szklane kulki sturlały się w dół, ale zamiast spaść to przesunęły się na drugą stronę planszy. Obrócona rzeczywistość o 180 stopni, zmiana wystroju - akcja.
- Coś o sobie... - Coś miłego. Wybierz coś wesołego. Śliczną mamy scenerię, pudrowy róż i równie pudrowy błękit, gdzieś tam zawieszamy pastelowe słońce i powycinanie z kartonu chmurki. Dokleimy parę kwiatków, motylka - i na środku tego wszystkiego ta Wrona, co psuła wszystko. Jakaś słodka, urocza opowieść dla niej... Po drugiej stronie faktury padał deszcz, a szarość i ciemny niebieski były dominantami strug wody opływających stare kamienice miast. Dym buchał z dyszy samochodów i kominów. Nie wznosił się zbyt wysoko - opadał w dół. Było za zimno, by sięgał nieba. Wszystkie opowieści chyba zostały po tamtej stronie. - Trochę ponad rok temu zaangażowałem się w odratowywanie magicznych stworzeń z hodowli. Mieli tam nielegalny przemyt. Miejsce stało się ruiną przez Śmierciożerców. - Czy to było wesołe? Wcale. Ale jakoś ze wszystkich smutnych rzeczy to było coś, co napawało go nadzieją. - Znalazłem tam feniksa, który teraz mieszka w New Forest. Coraz częściej przylatuje do mnie i śpiewa mi... jestem zazdrosny. Śpiewa piękniej ode mnie. - Spojrzał w dół, przesuwając palcami urocze loczki tworzące aureolę wokół głowy tego anioła śmierci. Delikatnie pomasował skronie Flynna. - Próbowałem go wywieźć do Indii, zwrócić mu wolność, ale on nie chciał się ruszyć z New Forest. W końcu musiałem stworzyć mu jakiekolwiek warunki do życia w tym miejscu, co kosztowało góry pieniędzy... - Wygiął trochę wargi w grymasie niezadowolenia, ale jednocześnie rozbawienia. - Jestem straszny, potrafię być tak skąpy, że myślę, że powinienem te góry złota i klejnotów przekazać osobom, które ich potrzebują, ale zamiast tego wolałbym na nich spać, pływać w nich i kąpać się w nich jak smok z bajek. Okropne. - On to uważał za okropne. - Czasem się zmuszam, żeby jednak przekazać je na akcje charytatywne, ale zamiast się z tego cieszyć to aż mnie ściska i potem odchorowuje... - Za to wydać na biżuterię? Ubrania? Z tym nie było problemów żadnych! Tak samo jak nie miał problemów z wydaniem ich na kogoś bliskiego. - W banku Gringotta nie jest jednak za wygodnie, a nie zamierzam trzymać skarbów w domu. - Z wiadomych powodów. - Ostatnio część tych "wiadomych powodów" sprawiała, że chciałem bardzo intensywnie podnieść rękawicę tej bandy terrorystów... Jeśli ich sprowokuję i będą dla mnie zagrożeniem to mój ojciec, nie ważne, jaki jest, wiem, że będzie zmuszony do przerwania swojej neutralności i się ruszy. Chcę zmusić Prewettów do ruszenia przeciwko Śmierciożercom. Chcę zmusić świat, żeby zacisnął na ich gardłach swoje palce... ale oto jestem w punkcie, gdzie kilka kroków jest nawet męczących. - Tak, zacząć jest najtrudniej, potem już mówisz i mówisz... od tematu można przechodzić do tematu. - Wiem, że gdybym umarł to wielu ludzi byłoby złych... Może to zauważyłeś, a może nie, ale lubię hazard. - Przesunął kciukiem po jego kości policzkowej. - Lubię uprawiać hazard emocjami, racjami i prawdami. Mam więc taki zakład z samym sobą: jeśli przeciągnę linę wystarczająco daleko i mocno, zmuszę Śmierciożerców do reakcji, jeśli mi się nie uda i coś się stanie... to i tak wygram. Świat się poruszy. - Uśmiechnął się lekko. - Zrobiłem też drugi zakład: uda mi się użyć Dantego jako amortyzatora przeciwko nim. - Nie był aż tak pewien, że uda mu się obrócić ten konflikt trzech stron, bo nie wiedział, czy Dante sam nie był jednym z popleczników, albo nawet i samym Śmierciożercą. Na tyle, na ile go znał - wątpił. Ale z drugiej strony na ile mocno go znał..? Ludzie potrafili szokować i zaskakiwać. Zwłaszcza tacy, którzy powrócili z martwych.