11.12.2024, 16:51 ✶
Charles nigdy nie spodziewał się, że będzie miał możliwość zawędrowania do Lecznicy Dusz. Miejsca tego typu owiane były niezbyt pozytywną sławą, sugerującą, że każdy, kto tam zawitał, miał problemy dużo poważniejsze, aniżeli zwykły kaszel. Mimo postępu, chorzy na duszy wciąż byli stygmatyzowani, lecz czy można było winić ich za postradanie zmysłów w świecie, w którym przyszło im żyć? Charles sam pamiętał, jak kuszące były ciemne wody pod klifem, jak fale wydawały się jedynym, a do tego również najlepszym wyjściem. Być może sam miał problem. Być może powinien porozmawiać z panem Balckiem nie tylko o biznesie, a o ciemności, która kryła się w jego głowie i wyłaziła w momentach, gdy jego pewność siebie zostawała zachwiana. Zastanawiał się nad tym idąc białymi korytarzami szpitala, zerkając na plakaty sugerujące różne przypadłości i przypominające o odpowiedniej diagnostyce chorób, o których nigdy nie słyszał. Czy powinien przebadać się na kocią grypę, czy inny syndrom nazwany imieniem kogoś, kto najwyraźniej chciał zapisać się w historii odkrywając coś bardzo rzadkiego, czym teraz straszono pacjentów i odwiedzających?
Rozważania przerwało mu pojawienie się drzwi z nazwiskiem pana Perseusa Blacka i sam zdziwił się, jak łatwo je znalazł, biorąc pod uwagę zdawkowe informacje uzyskane od niezbyt miłej pani w recepcji. Poprawił marynarkę, przywidział na twarz uśmiech, mocniej złapał swoją teczkę z próbkami świeczek i zapukał, zupełnie nie mając pojęcia o ostrzeżeniach, jakie Perseus uzyskał od Rolpha. Przecież nie był tutaj, by niszczyć panu magilekarzowi życia! Potrzebował reklamy, a działalność charytatywna doskonale się do tego nadawała.
Odpowiedziała mu cisza. Drzwi pozostały zamknięte, a próby otworzenia ich spełzły na niczym. Pana Blacka nie było w gabinecie. Charles wyciągnął list z teczki i sprawdził jeszcze raz miejsce spotkania.
Adres na Horyzontalnej. Charles po raz kolejny pobłogosławił wychowanie, które otrzymał od tatusia - był na miejscu sporo przed czasem, więc nie było problemem przeniesienie się na Horyzontalną! Szybka aportacja, nieco zbyt chaotyczne szukanie adresu, wreszcie znalazł odpowiednie drzwi nie tak dalekiego sąsiada. Był na czas, idealnie co do minuty.
- Dzień dobry! - Przywitał się z ekscytacją, która być może naprawdę zasługiwała na nazwanie dziecięcą. Nie był jak Mulciberzy, których malowano jako groźnych, nieprzystępnych, szczerzących kły jak wściekłe psy. Radość wynikała z trafienia do celu na czas, a to już było jakieś osiągnięcie. - Charles Robert Mulciber, ale wystarczy Charles. Charlie. - Poprawił się, bo nie nawykł do paniczowania, a i wydawało mu się ono niedorzeczne. Anglicy byli zabawni! - Bardzo dziękuję, panie Black! Z chęcią się napiję, dziękuję. Wie Pan, że jesteśmy praktycznie sąsiadami? - Trzebiotał, przechodząc pewnie przez próg. - Mieszkam parę kamienic dalej. Dziękuję, że zechciał się pan ze mną spotkać. Jest pan lekarzem, prawda? Nie chciałbym pana źle tytułować. Czy "panie doktorze" będzie odpowiednie? - Zapytał wprost, szczerze i bez cienia negatywizmu. Nie było za tym kpiny, a ciekawość i chęć odpowiedniego oddania szacunku magipsychiatrze.
Rozważania przerwało mu pojawienie się drzwi z nazwiskiem pana Perseusa Blacka i sam zdziwił się, jak łatwo je znalazł, biorąc pod uwagę zdawkowe informacje uzyskane od niezbyt miłej pani w recepcji. Poprawił marynarkę, przywidział na twarz uśmiech, mocniej złapał swoją teczkę z próbkami świeczek i zapukał, zupełnie nie mając pojęcia o ostrzeżeniach, jakie Perseus uzyskał od Rolpha. Przecież nie był tutaj, by niszczyć panu magilekarzowi życia! Potrzebował reklamy, a działalność charytatywna doskonale się do tego nadawała.
Odpowiedziała mu cisza. Drzwi pozostały zamknięte, a próby otworzenia ich spełzły na niczym. Pana Blacka nie było w gabinecie. Charles wyciągnął list z teczki i sprawdził jeszcze raz miejsce spotkania.
Adres na Horyzontalnej. Charles po raz kolejny pobłogosławił wychowanie, które otrzymał od tatusia - był na miejscu sporo przed czasem, więc nie było problemem przeniesienie się na Horyzontalną! Szybka aportacja, nieco zbyt chaotyczne szukanie adresu, wreszcie znalazł odpowiednie drzwi nie tak dalekiego sąsiada. Był na czas, idealnie co do minuty.
- Dzień dobry! - Przywitał się z ekscytacją, która być może naprawdę zasługiwała na nazwanie dziecięcą. Nie był jak Mulciberzy, których malowano jako groźnych, nieprzystępnych, szczerzących kły jak wściekłe psy. Radość wynikała z trafienia do celu na czas, a to już było jakieś osiągnięcie. - Charles Robert Mulciber, ale wystarczy Charles. Charlie. - Poprawił się, bo nie nawykł do paniczowania, a i wydawało mu się ono niedorzeczne. Anglicy byli zabawni! - Bardzo dziękuję, panie Black! Z chęcią się napiję, dziękuję. Wie Pan, że jesteśmy praktycznie sąsiadami? - Trzebiotał, przechodząc pewnie przez próg. - Mieszkam parę kamienic dalej. Dziękuję, że zechciał się pan ze mną spotkać. Jest pan lekarzem, prawda? Nie chciałbym pana źle tytułować. Czy "panie doktorze" będzie odpowiednie? - Zapytał wprost, szczerze i bez cienia negatywizmu. Nie było za tym kpiny, a ciekawość i chęć odpowiedniego oddania szacunku magipsychiatrze.