12.12.2024, 01:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2024, 01:34 przez Millie Moody.)
Thomas pewnie nie wiedział, że w lipcu Millie przeorała sobie dłoń odpowiednio naostrzonym ołówkiem, no bo skąd. Zmlęła jednak jego komentarz, zmleła pizdowatość z jaką stał w kuchni. Z pewną ulgą przyjmowała fakt, że się nie odzywał, ale hej, nic nie może przecież wiecznie trwać...
Balia miała stanowczo zbyt ciepłą wodę. Para unosząca się w powietrzu pachniała intensywnie mieszanką olejków eterycznych: głównie wyciszającą lawendą, ale też wpływającą na układ nerwowy szałwią, lekko cytrusowe na przełamanie geranium różane i krople przywodzącej na myśl kociej zabawki waleriany.
– Oh... oh wow... – jej głos znad męskiej głowy zdawał się być wręcz znudzony. A potem nagle poczuł na swoim karku placek igieł wbijających się boleśnie w skórę. Niemal cios, który przerodził się w szorowanie. – Rozumiem że nasiona tych żonkili są dostępne tylko w demonicznych jaskiniach ostrego wpierdolu? Jestem ciekawa jakbyś to niby chciał mnie użyźniać martwy? W sensie, trzeba byłoby Cię wtedy wrzucić na kompostownik, żeby to miało sens, a nie jestem pewna czy Dora nie wyjebałaby mnie za takie rzeczy z domu. Nawet jeśli teraz to ja jestem wiedźmą z Księżycowego Stawu. – sarknęła, orając skórę jego pleców ryżową szczotką do czyszczenia podług. No innej niestety nie znalazła, a trzeba było pozbyć się tego popiołu pierdolonego, tego swądu czarnej magii, zanim ktokolwiek się zorientuje.
W głowie już sobie to tłumaczyła, że albo Thomas jak debil dał się wrobić w jakieś gówno, albo to demon sprawił, że tak cuchnął. Tak... na pewno cuchnął demonem. Przecież wiadomo że demony nie mają duszy. DEMONY?! Jeszcze do przed chwilą nie wiedziała, że istnieją. Może gdyby słuchała zakonnego zebrania uważniej, zamiast dostawać padaczki, że Alastor nie przyszedł, może wtedy by wiedziała szybciej co się święci.
– Tak Thomas świetnie Ci wychodzi, najlepszą rzeczą jaka może mnie spotkać to mój przyjaciel wyruchany przez demona. To jest kurwa spełnienie moich snów. – A może rzeczywiście Mills mówiła głosem jego wnętrza? Czyścidło bezlitośnie czerwieniło skórę barków, ramion, przedramion, nie ważne na ile wrażliwe to były miejsca. Moody, która nie potrafiła swojego pokoju uprzątnąć LATAMI była zaskakująco metodyczna w doprowadzaniu go do porządku. – Ja wiem, że Ci powiedziałam, że mam zasadę, że nie sypiam z ludźmi z Zakonu, ale serio jeśli chcesz mnie zaciągnąć do łóżka to przestań pierdolić takie farmazony, szczególnie po tym jak prawie Cię zajebało jakieś gówno z piekła, okej? – Po pierwszym szoku ewidentnie wrócił gniew. Teraz szczuplutka czarownica stała z boku i okazało się, że szczota nie ominie również thomasowego dekoltu. Ruchy były zamaszyste i bardzo, kurewsko dokładne. Kobieta nie patrzyła na niego. Jej złociste oczy śledziły ruch dłonią, przypominała kota śledzącego mysz na moment przed dokonaniem mordu.
– Miłość, jest przereklamowana. Przynosi tylko ból i rozczarowanie – myśl uciekała jej do Alastora. Do Eden. Do Peregrinusa. Do matki, która ją porzuciła. Do ojca, który nigdy jej nie kochał, bo jeśli kochał to kurwa mać, miłość była w takim razie jakimś popierdolonym kłamstwem.
– Ale hej – zatrzymała się nagle i drzewcem od swojego domowego narzędzia tortur uniosła podbródek Thomasa, by mimo wszystko spojrzeć nań nieco milej, nieco łagodniej. – Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało. Ogarniemy co się odjebało. Papcio Morfina będzie wiedział co z tym fantem zrobić, żeby Ci się nie pogorszyło, ok? Jest plan i będziemy się go trzymać. – Czemu to ona musiała być rozsądna? Coś w tym domu dawało jej odpowiedzialność, której nie czuła wcześniej. Było to nowe uczucie. I bardzo dziwne.
Balia miała stanowczo zbyt ciepłą wodę. Para unosząca się w powietrzu pachniała intensywnie mieszanką olejków eterycznych: głównie wyciszającą lawendą, ale też wpływającą na układ nerwowy szałwią, lekko cytrusowe na przełamanie geranium różane i krople przywodzącej na myśl kociej zabawki waleriany.
– Oh... oh wow... – jej głos znad męskiej głowy zdawał się być wręcz znudzony. A potem nagle poczuł na swoim karku placek igieł wbijających się boleśnie w skórę. Niemal cios, który przerodził się w szorowanie. – Rozumiem że nasiona tych żonkili są dostępne tylko w demonicznych jaskiniach ostrego wpierdolu? Jestem ciekawa jakbyś to niby chciał mnie użyźniać martwy? W sensie, trzeba byłoby Cię wtedy wrzucić na kompostownik, żeby to miało sens, a nie jestem pewna czy Dora nie wyjebałaby mnie za takie rzeczy z domu. Nawet jeśli teraz to ja jestem wiedźmą z Księżycowego Stawu. – sarknęła, orając skórę jego pleców ryżową szczotką do czyszczenia podług. No innej niestety nie znalazła, a trzeba było pozbyć się tego popiołu pierdolonego, tego swądu czarnej magii, zanim ktokolwiek się zorientuje.
W głowie już sobie to tłumaczyła, że albo Thomas jak debil dał się wrobić w jakieś gówno, albo to demon sprawił, że tak cuchnął. Tak... na pewno cuchnął demonem. Przecież wiadomo że demony nie mają duszy. DEMONY?! Jeszcze do przed chwilą nie wiedziała, że istnieją. Może gdyby słuchała zakonnego zebrania uważniej, zamiast dostawać padaczki, że Alastor nie przyszedł, może wtedy by wiedziała szybciej co się święci.
– Tak Thomas świetnie Ci wychodzi, najlepszą rzeczą jaka może mnie spotkać to mój przyjaciel wyruchany przez demona. To jest kurwa spełnienie moich snów. – A może rzeczywiście Mills mówiła głosem jego wnętrza? Czyścidło bezlitośnie czerwieniło skórę barków, ramion, przedramion, nie ważne na ile wrażliwe to były miejsca. Moody, która nie potrafiła swojego pokoju uprzątnąć LATAMI była zaskakująco metodyczna w doprowadzaniu go do porządku. – Ja wiem, że Ci powiedziałam, że mam zasadę, że nie sypiam z ludźmi z Zakonu, ale serio jeśli chcesz mnie zaciągnąć do łóżka to przestań pierdolić takie farmazony, szczególnie po tym jak prawie Cię zajebało jakieś gówno z piekła, okej? – Po pierwszym szoku ewidentnie wrócił gniew. Teraz szczuplutka czarownica stała z boku i okazało się, że szczota nie ominie również thomasowego dekoltu. Ruchy były zamaszyste i bardzo, kurewsko dokładne. Kobieta nie patrzyła na niego. Jej złociste oczy śledziły ruch dłonią, przypominała kota śledzącego mysz na moment przed dokonaniem mordu.
– Miłość, jest przereklamowana. Przynosi tylko ból i rozczarowanie – myśl uciekała jej do Alastora. Do Eden. Do Peregrinusa. Do matki, która ją porzuciła. Do ojca, który nigdy jej nie kochał, bo jeśli kochał to kurwa mać, miłość była w takim razie jakimś popierdolonym kłamstwem.
– Ale hej – zatrzymała się nagle i drzewcem od swojego domowego narzędzia tortur uniosła podbródek Thomasa, by mimo wszystko spojrzeć nań nieco milej, nieco łagodniej. – Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało. Ogarniemy co się odjebało. Papcio Morfina będzie wiedział co z tym fantem zrobić, żeby Ci się nie pogorszyło, ok? Jest plan i będziemy się go trzymać. – Czemu to ona musiała być rozsądna? Coś w tym domu dawało jej odpowiedzialność, której nie czuła wcześniej. Było to nowe uczucie. I bardzo dziwne.