12.12.2024, 10:23 ✶
Roselyn zmarszczyła brwi, nie spodziewając się niedźwiedzia w swoim domu. Podejrzewałaby raczej, że Samuel przemieni się z powrotem w człowieka - na jej twarzy odbiło się więc zaskoczenie, którego nie starała się nawet ukrywać. W kilka chwil jednak pojęła, dlaczego to zrobił.
Nie istniały słowa, które mogłyby wyrazić żal, który czuła ona i Ambroise. Nawet oni sami, zżyte ze sobą rodzeństwo Greengrassów, nie potrafili siebie nawzajem pocieszyć. Próbowali, lecz cokolwiek nie mówili, brzmiało to zimno i sztucznie. Jakie więc szanse na słowa pocieszenia miał Samuel? Żadne. W postaci zwierzęcej nie mógł mówić, lecz mógł przekazywać słowa wsparcia - tak było mu łatwiej. Przecież nie był człowiekiem, który brylował na salonach, nie był osobą, która była gładka w mowie. Był tym, kim był: Samuelem z Kniei, osobą która porozumiewała się z nią na zupełnie innej płaszczyźnie. Wyciągnęła dłonie, by zanurzyć je w niedźwiedzim futrze. Przytuliła się do zwierzęcia, kryjąc twarz w jego sierści. Milczała, nie wiedząc nawet co odpowiedzieć. Nie była nawet pewna, czy znalazłaby właściwe określenie na to, co teraz czuła.
- Tak. I nie, nie potrzebuję - odpowiedziała cicho, ledwo słyszalnie. Było to oczywiste kłamstwo, bo chociaż jej rany na dłoniach i kolanach nie krwawiły, to jednak były mocno brudne od ziemi, na którą upadła. Nie chciała jednak słyszeć nic o piciu eliksirów i opatrywaniu ran, których nawet nie czuła w tej chwili. Odruchowo gładziła Samuela po grzbiecie, nawet nie rejestrując, że to robi. - Sam, co się stało w Kniei? Dlaczego nas zostawiłeś?
Nie była zła, chociaż na samym początku miała ochotę urwać mu głowę. Mieli iść ramię w ramię, a on ich zostawił. Jednak przecież deklarował, że to zrobi, chociaż wyraźnie mu zabronili. Teraz jednak chciała się dowiedzieć, co się stało. I zmusić go, by przemienił się w stworzenie, które potrafi mówić.
Nie istniały słowa, które mogłyby wyrazić żal, który czuła ona i Ambroise. Nawet oni sami, zżyte ze sobą rodzeństwo Greengrassów, nie potrafili siebie nawzajem pocieszyć. Próbowali, lecz cokolwiek nie mówili, brzmiało to zimno i sztucznie. Jakie więc szanse na słowa pocieszenia miał Samuel? Żadne. W postaci zwierzęcej nie mógł mówić, lecz mógł przekazywać słowa wsparcia - tak było mu łatwiej. Przecież nie był człowiekiem, który brylował na salonach, nie był osobą, która była gładka w mowie. Był tym, kim był: Samuelem z Kniei, osobą która porozumiewała się z nią na zupełnie innej płaszczyźnie. Wyciągnęła dłonie, by zanurzyć je w niedźwiedzim futrze. Przytuliła się do zwierzęcia, kryjąc twarz w jego sierści. Milczała, nie wiedząc nawet co odpowiedzieć. Nie była nawet pewna, czy znalazłaby właściwe określenie na to, co teraz czuła.
- Tak. I nie, nie potrzebuję - odpowiedziała cicho, ledwo słyszalnie. Było to oczywiste kłamstwo, bo chociaż jej rany na dłoniach i kolanach nie krwawiły, to jednak były mocno brudne od ziemi, na którą upadła. Nie chciała jednak słyszeć nic o piciu eliksirów i opatrywaniu ran, których nawet nie czuła w tej chwili. Odruchowo gładziła Samuela po grzbiecie, nawet nie rejestrując, że to robi. - Sam, co się stało w Kniei? Dlaczego nas zostawiłeś?
Nie była zła, chociaż na samym początku miała ochotę urwać mu głowę. Mieli iść ramię w ramię, a on ich zostawił. Jednak przecież deklarował, że to zrobi, chociaż wyraźnie mu zabronili. Teraz jednak chciała się dowiedzieć, co się stało. I zmusić go, by przemienił się w stworzenie, które potrafi mówić.