12.12.2024, 11:12 ✶
- Powinnaś, bo moje rady są z reguły najlepsze - to że akurat jednocześnie bywały nietrafione, to była już zupełnie inna para kaloszy. Atreus jednak żył w błogim przeświadczeniu, ze przez większość czasu miewał rację, nawet jeśli nie miał jej wcale. Uśmiechnął się też, lekko i jakby bez konkretniejszej myśli w głowie, nie chcąc i nie mogąc przyznać się do tego, czy rzeczywiście się w tym momencie o nią martwił, nawet jeśli była o tym mowa zaledwie w żartach. Może i regularnie nie przejmował się samym sobą, ale stan jego najbliższych leżał mu o wiele bardziej na sercu. Nawet jeśli ci najbliżsi wydawali się jeszcze trochę nieznajomi.
Zabawne to było, albo raczej cholernie przewrotne, że teraz siedząc z nią twarzą w twarz, czuł się jej bardziej pewny niż tego co łączyło go ze Stanleyem. Sprawa przyjaciela wykręcała go od środka, a gromadzące się wewnątrz pytania, niezdolne znaleźć odpowiedzi, doprowadzały go do szału. Złości, ale pełnej zrezygnowania i zmęczenia. Gdyby ktoś przed Beltane zapytał go, jak skończy się to święto, z właściwym dla siebie lekceważącym uśmiechem i prychnięciem powiedziałby, że jedyne na co sabat miał wpływ to kto przed kim rozkładał nogi. W końcu było to święto miłości, podczas którego jego uczestnicy chętnie niknęli w Kniei. Ale zamiast doprowadzać do miłych przygód, obchody stały się punktem zapalnym całej lawiny niefortunnych rzeczy. A dla niego, nawet jeśli bycie zimnym tak go dotknęło, wciąż najgorsze zdawało się być to co zrobił Borgin.
W pewien sposób uznawał się za mistrza kompromisów i neutralności - wszystko by zachować dotychczasowe życie w niezmiennym stanie, odwracając wzrok od czego co najbardziej istotne i od czego nie można było przejść obojętnie. Bo przecież czego oczy nie widziały, to tego sercu nie było żal, a czego nie słyszał, tym nie musiał zawracać sobie głowy. Dlatego nie zadawał ciężkich pytań, nawet jeśli gdzieś podskórnie czuł, po której strony barykady mogli opowiadać się jego najbliżsi przyjaciele. Wiedział gdzie stał Louvain, Stanley, Sauriel czy nawet Anthony. Ich lojalność była silnie zakorzeniona w przekonaniach ich rodzin. Tych starych rodów, które czerpały siłę ze swoich tradycji.
Chyba nigdy nie chciał wybierać. W idealnym świecie pozostałby neutralny, zachowując pracę, przyjaciół i dziewczynę. I chyba to go najbardziej w tym wszystkim drażniło, że sam siebie przyłapał i musiał rozliczyć z tego, co działo się dookoła.
- Gdyby nie te urocze krajobrazy i cienkie piwo sprzyjające zwierzeniom, to powiedziałbym że robisz mnie w konia - oh, jakże on pragnął, żeby to był nieśmieszny żart. Ale Brenna była poważna i widział to jak na dłoni, zezując na rozbłyskające dookoła niej kolory, co z kolei doprowadzało do zwijania się żołądka w supełek. - Broni ci ktoś? Nie byłabyś pierwsza, która zrobiła sobie od czegoś nagle wakacje - wzruszył ramionami, a potem uśmiechnął się do niej lekko. - Też nie wiem, jak mogło do tego dojść. Wszyscy zwykle biją się o moją uwagę... Ale skoro przynajmniej jedno z nas na tym zyskuje, to chyba nie jest to aż tak kiepski obrót spraw. Tym lepiej nawet, że jest nas dwoje, hmm? To, jakie plany na resztę tego pięknego dnia?
Zabawne to było, albo raczej cholernie przewrotne, że teraz siedząc z nią twarzą w twarz, czuł się jej bardziej pewny niż tego co łączyło go ze Stanleyem. Sprawa przyjaciela wykręcała go od środka, a gromadzące się wewnątrz pytania, niezdolne znaleźć odpowiedzi, doprowadzały go do szału. Złości, ale pełnej zrezygnowania i zmęczenia. Gdyby ktoś przed Beltane zapytał go, jak skończy się to święto, z właściwym dla siebie lekceważącym uśmiechem i prychnięciem powiedziałby, że jedyne na co sabat miał wpływ to kto przed kim rozkładał nogi. W końcu było to święto miłości, podczas którego jego uczestnicy chętnie niknęli w Kniei. Ale zamiast doprowadzać do miłych przygód, obchody stały się punktem zapalnym całej lawiny niefortunnych rzeczy. A dla niego, nawet jeśli bycie zimnym tak go dotknęło, wciąż najgorsze zdawało się być to co zrobił Borgin.
W pewien sposób uznawał się za mistrza kompromisów i neutralności - wszystko by zachować dotychczasowe życie w niezmiennym stanie, odwracając wzrok od czego co najbardziej istotne i od czego nie można było przejść obojętnie. Bo przecież czego oczy nie widziały, to tego sercu nie było żal, a czego nie słyszał, tym nie musiał zawracać sobie głowy. Dlatego nie zadawał ciężkich pytań, nawet jeśli gdzieś podskórnie czuł, po której strony barykady mogli opowiadać się jego najbliżsi przyjaciele. Wiedział gdzie stał Louvain, Stanley, Sauriel czy nawet Anthony. Ich lojalność była silnie zakorzeniona w przekonaniach ich rodzin. Tych starych rodów, które czerpały siłę ze swoich tradycji.
Chyba nigdy nie chciał wybierać. W idealnym świecie pozostałby neutralny, zachowując pracę, przyjaciół i dziewczynę. I chyba to go najbardziej w tym wszystkim drażniło, że sam siebie przyłapał i musiał rozliczyć z tego, co działo się dookoła.
- Gdyby nie te urocze krajobrazy i cienkie piwo sprzyjające zwierzeniom, to powiedziałbym że robisz mnie w konia - oh, jakże on pragnął, żeby to był nieśmieszny żart. Ale Brenna była poważna i widział to jak na dłoni, zezując na rozbłyskające dookoła niej kolory, co z kolei doprowadzało do zwijania się żołądka w supełek. - Broni ci ktoś? Nie byłabyś pierwsza, która zrobiła sobie od czegoś nagle wakacje - wzruszył ramionami, a potem uśmiechnął się do niej lekko. - Też nie wiem, jak mogło do tego dojść. Wszyscy zwykle biją się o moją uwagę... Ale skoro przynajmniej jedno z nas na tym zyskuje, to chyba nie jest to aż tak kiepski obrót spraw. Tym lepiej nawet, że jest nas dwoje, hmm? To, jakie plany na resztę tego pięknego dnia?